poniedziałek, 28 marca 2016

Rozdział 5

Solter


Siedział na kozetce w skrzydle szpitalnym, opierając się plecami o ścianę i mrużąc oczy ze zmęczenia, ale jednocześnie cierpliwie poddając się niezbędnym zabiegom lekarskim. Nie był do końca świadomy, jakim sposobem znalazł się w tym miejscu - jak przez mgłę pamiętał drogę powrotną do domu i to, jak wiele krwi za sobą pozostawił. Nadal czuł to potworne drżenie, które owładnęło całym jego ciałem i nie pozwalało stawiać pewnych kroków. Pamiętał, że widmo śmierci coraz śmielej zaglądało mu w oczy. Mimo to nie zamierzał się poddać. Miał olbrzymie pokłady determinacji, choć może bardziej była to kwestia zwykłego szczęścia... W każdym razie udało mu się uciec przed czarną panią i dotrzeć tam, gdzie zamierzał. Tylko na tyle wystarczyło mu sił. Gdy tylko przekroczył próg posiadłości, ugięły się pod nim nogi i otoczyła go ciemność. Solt nie wiedział, co nastąpiło potem ani kto sprowadził pomoc. Obstawiał Findera, bo zwierzak nie zostawił go samego nawet na chwilę, jakby przeczuwając, że z jego panem nie jestem dobrze. Podczas powolnej wędrówki przez las, wąż ciągle wpatrywał się w niego z uwagą, która nie pasowała do tego gatunku.
Teraz jednak było już lepiej. Organizm wojownika regenerował się w błyskawicznym tempie. Co prawda, Solt nadal czuł się słaby, ale z całkiem innego powodu niż utrata krwi. To podane znieczulenie powoli zaczynało na niego działać. Wprowadzało w stan odrętwienia, blokując napływające fale cierpienia. Było skuteczne, ale on i tak krzywił się nieznacznie, ilekroć igła przekuwała jego skórę, sprawnie zszywając poszarpaną ranę. Nie, nie robił tego z bólu. Raczej na sam widok ostrego narzędzia, które raz po raz znikało w jego ciele, zakładając szwy. Chciał odwrócić wzrok, ale nie potrafił przestać patrzeć. Sprawne ruchy lekarki robiły wrażenie, niemal go hipnotyzowały.
- Zostanie blizna. - Starsza, siwowłosa kobieta ubrana w biały, lekarski kitel, zerknęła na niego czujnie spod okularów, choć nie do końca oczekiwała na jakąkolwiek reakcję. Nie wydawało się jej, aby chłopak przejmował się takimi błahostkami. Wiedziała, że był on wojownikiem i nosił już wiele znaków odbytych walk. Kolejne takie znaczenie nie powinno stanowić czegoś wyjątkowego. Dla niego. Staruszka jednak odbierała to inaczej i nie do końca podobało się jej podobne nastawienie. W końcu traktowała tych chłopców, jak własne wnuki, a wszystko, co przytrafiało się im, dotykało ją niemalże bezpośrednio. Kobieta uśmiechnęła się lekko sama do siebie i pokręciła głową. Chyba podchodziła do tego zbyt emocjonalnie.
- Dziękuję, Escall - mruknął, przyglądając się dziele lekarki. Dla pewności poruszył palcami i napiął mocniej mięśnie, aby przekonać się, czy w trakcie potyczki z nietypowym przeciwnikiem, nie został uszkodzony jakiś ważny nerw. Wszystko działało prawidłowo. Solt westchnął z ulgą, po czym przeniósł wzrok na kobietę. - I przepraszam. Wydaje mi się, że ostatnio goszczę u ciebie zbyt często.
- Słońce, to moja praca. Mam obowiązek pomagać wam w każdy, możliwy sposób i dbać o wasze zdrowie. - Staruszka mrugnęła do niego porozumiewawczo. Chciała go uspokoić, lecz on nie wyglądał na przekonanego. Lekarka westchnęła cicho. Odwróciła się w stronę blatu, aby wrzucić zakrwawione narzędzia do stojącego tam sterylizatora, po czym chwyciła bandaż, którym sprawnie owinęła przedramię chłopaka. Założyła opatrunek, ale nie odsunęła się od razu. W zamian przytrzymała go nieco dłużej, niż wymagała tego ta czynność, pragnąc, aby uważnie wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia. - Solt, ja bardzo to lubię. Nie rób sobie wyrzutów.
Nie robił. Doskonale wiedział, że starsza pani uwielbia swoją pracę. W przeciwnym razie nie byłaby tak świetna w tym fachu, a Daskall by jej nigdy nie zaufał. Prawdopodobnie. Mistrz znał się doskonale na ludziach, ale nie był nieomylny. Czasami popełniał błędy i dawał szansę, tym, którzy na to nie zasługiwali. To Solter wiedział więcej o ich emocjach, a one nigdy nie kłamały. Jasno wskazywały, gdy ktoś próbował minąć się z prawdą. Chłopak bez problemu odczytywał uczucia, a zarazem intencje starszej kobiety. Gdyby była nieuczciwa, natychmiast by to wychwycił. Tymczasem, za każdym razem, gdy ją odwiedzał, wyczuwał najpierw zalewającą ją falę niepokoju, a potem ogrom radości, gdy okazywało się, że nie przychodzi do niej z czymś, co mogłoby bezpośrednio zagrozić jego życiu. Escall natychmiast dostrzegała takie rzeczy. Na tym polegał jej dar. Rozpoznawała wszelkie urazy oraz choroby, a potem błyskawicznie odnajdywała najlepsze sposoby na ich okiełznanie. Pod tym i innymi względami była niezastąpiona.
- Chyba już pójdę. - Płynnym ruchem zeskoczył z kozetki. Nieco się przy tym zachwiał, ale udało mu się utrzymać równowagę. Widział, że Escall uważnie go obserwuje, starając się wyłapać choćby najmniejszą nieprawidłowość. Nie mógł jej na to pozwolić. Dlatego też wzruszył beztrosko ramionami, starając się pokazać, że to nic nie znaczyło, po czym, obdarowując staruszkę nieśmiałym, niemal chłopięcym uśmiechem, zbliżył się do drzwi. Nie chciał, aby wyglądało to tak, że przychodzi do niej tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje, a potem czym prędzej ucieka. To byłoby niekulturalne, ale Solt nie miał siły, żeby starać się zachować w inny sposób. Po prostu źle się czuł w tym pomieszczeniu. Miętowe ściany gabinetu mocno go przytłaczały, ostre światło jarzeniówek raziło w oczy, a przykry zapach medykamentów oraz środków czystości drażnił jego wrażliwy nos i tępił zmysły.
- Dbaj o siebie, Solt - zwróciła się w jego stronę, a w spojrzeniu ciepłych, czekoladowych tęczówek zamigotał niepokój, jakby doskonale wiedziała, że takie obrażenie nie powstało na drodze przypadku, jak próbował jej to wytłumaczyć zaraz po odzyskaniu przytomności. Chłopak zauważył ten zmartwiony wyraz twarzy od razu, choć otumaniony zmysł węchu tym razem nie przekazał mu klarownych informacji. Widział, że lekarka boi się o niego, a świadomość ta sprawiła, że miał przemożną ochotę ją uspokoić, chociażby wymyślając byle jakie kłamstwo. Tak, będę ostrożniejszy. Tak, będę się bardziej pilnować. Z całą pewnością nie wywiązałby się z tych obietnic, ale na szczęście wcale nie musiał ich składać. Ktoś go uratował. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, niezapowiedziany gość z rozmachem i bez pukania wszedł do gabinetu. Solter w ostatniej chwili uniknął zderzenia z drzwiami. Odskoczył, a potem obdarzył przybysza podirytowanym, choć lekko zdziwionym spojrzeniem. Reed. Chłopak wmaszerował do pomieszczenia energicznym krokiem, nie rozglądając się szczególnie na boki. Nie zauważył przyjaciela. Nie od razu.   
- Ból trochę zelżał, Escall - obwieścił, pocierając dłonią skronie. Widać było, że coś mocno go martwi. - Myślisz, że jest szansa, że...
Reed zamarł z pół słowa, kiedy w końcu wychwycił czyjąś obecność. Zamilkł, a jego wzrok od razu pomknął w stronę przyjaciela, jakby zostając przyciągnięty niewidzialną siłą. Reed natychmiast pojął, jak wielki błąd popełnił, tracąc na chwilę czujność. Zaklął. Przez chwilę patrzył zlęknionym wzrokiem to na przyjaciela, to na lekarkę. Nie był przygotowany na takie starcie. Albo inaczej - liczył się z nim, doskonale wiedział, że nadejdzie. Kiedyś. Nie teraz. Nie tak szybko.
- Co ci się stało? - Reed zadał pytanie, zanim Solt zdążył przeanalizować wypowiedziane przez niego słowa i dojść do właściwych wniosków. Ciemnowłosy chłopak cofnął się o kilka kroków, po czym przeskanował przyjaciela czujnym spojrzeniem, poszukując widocznych obrażeń. Jego wzrok zatrzymał się na zabandażowanym przedramieniu, po czym szybko przeskoczył wyżej, poszukując odpowiedzi wymalowanej w oczach swojego rozmówcy.
- Mały wypadek przy pracy - odparł Solt, choć jego mina jasno wskazywała na to, że nie zamierza dać się tak łatwo zbyć zmianą tematu. Przybrał ofensywną pozycję. Stanął w lekkim rozkroku, założył ręce na piersi i zmarszczył groźnie brwi. To zwykle działało i wywoływało odpowiednią reakcję rozmówcy. Na Reedzie nie zrobiło jednak wrażenia. Nie dał się zastraszyć.
- Jak bardzo mały? - drążył, wskazując ruchem głowy na opatrunek. 
Solt uśmiechnął się kpiąco i poprawił podwinięty rękaw bluzy tak, aby zakrywał ranę przed wścibskim wzrokiem Redda.
- Maluteńki - mruknął na odczepnego i zaczerpnął głębiej powietrza, węsząc charakterystycznej woni kłamstwa lub poddenerwowania. Nic z tego. Zapach lekarstw dominował, przykrywając swoją intensywnością wszystko inne. Nie na długo.
- Nie wygląda na mały. - Reed nie chciał odpuścić. Chociaż w jego głosie brzmiała beztroska, zaraz pod nią znajdowały się olbrzymie pokłady troski i strachu. Solt był tego świadomy, ale nie naciskał na przyjaciela. Odpuścił i pozwolił mu udawać jeszcze przez krótką chwilę, zanim nie znajdą się na osobności. - Chyba, że było to spotkanie z jamnikiem obdarzonym szczęką rekina, wtedy zrozumiem. Bo wiesz, te psy są naprawdę przerażające i...
- Uznajmy zatem, że prawie zgadłeś - przerwał mu Solt, po czym chwycił delikatnie, choć stanowczo za ramię i wyprowadził z gabinetu, wcześniej żegnając się jeszcze raz z lekarką i ponownie dziękując jej za pomoc. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, puścił przyjaciela, po czym obdarzył go oceniającym spojrzeniem. Jego zmysły wciąż były nieco otumanione, choć powoli zaczynały działać w prawidłowy sposób. Jednak nawet bez nich Solt wiedział, że Reed nie mówił mu wszystkiego. - Co ty tutaj robisz?
- Zwiedzam - odparł nieszczerze. W jego oczach zabłysło chwilowe rozbawienie, ale nastrój zapachniał goryczą. Była to nikła woń, z początku ledwo wyczuwalna, ale szybko nabierająca intensywności. Dla Solta wystarczająca.   
- Kłamca - syknął Solter i przewrócił oczami. Męczyły go takie gierki. 
- Może, ale to ty zacząłeś - wytłumaczył się Reed, ale widząc buntowniczą minę przyjaciela, machnął na odczepne dłonią i ruszył przed siebie. Chciał odejść, aby Solt nie mógł poznać prawdy, a poznałby ją lada moment. Wywęszyłby ją w powietrzu. Reed nie miał co do tego wątpliwości, dlatego postanowił uciec. Było to egoistyczne zagranie, choć on tłumaczył sobie, że robi to tylko po to, aby nie zranić kumpla. Gdyby został, musiałby wyznać prawdę lub kłamać w żywe oczy, a żadne z tych rozwiązań nie było tym trafnym. Szczerość zazwyczaj bywała trudniejsza niż drobne oszustwo, ale w tym przypadku działało to całkiem inaczej. Kłamstwo stało na równi z prawdą. Może wynikało to z tego, że oboje znali się od dzieciństwa i do tej pory nie posiadali przed sobą sekretów. Może, ale nigdy wcześniej dręczące ich problemy nie osiągały aż takiej wagi.
Reed dotarł do drzwi i uchylił je, nieświadomy, że ktoś nieopodal otworzył okno. Kiedy tylko to zrobił, gwałtowny podmuch wypełnił wąski korytarz świeżym powietrzem. Otrzeźwił umysł Solta, opłukując z nadmiaru morfiny, a w zamian napełnił go gamą zapachów. Chłopak przymknął powieki, nieco zaskoczony takim napływem różnorakich bodźców. Oddychał powoli i głęboko, rozpoznając kolejne wonie. Bez trudu wychwycił zapach kropel deszczu powoli spływających po chropowatych liściach bluszczu pnącego się po ścianie tuż pod otwartym oknem. Zapach mokrych, nastroszonych piórek niewielkiego wróbelka, który przycupnął na parapecie, aby schronić się przed wilgocią. Intensywny zapach pobliskiego lasu. Solt wczuwał się w nie, podążał za nimi, czując, że ogarnia go ujmujący spokój. To było dobre, choć nie trwało zbyt długo. W pewnym momencie wszystko się zmieniło. Nie wiadomo skąd, do jego nozdrzy napłynął zgniły, kujący w nos odór. Solt syknął z obrzydzeniem. Natychmiast skojarzył tę woń. Taka sama ciągnęła się za starszym bratem Redda, gdy ten mierzył się z ostatnim stadium choroby. Jednak to nie mogła być prawda. Zmysł musiał go oszukać. Przecież Scotta już z nimi nie było. Nie żył, bo wykończył go glejak. Złośliwy nowotwór mózgu, który wodził za nos lekarzy i odbierał nadzieje pacjentom. Pozostawał jedną, wielką niewiadomą dla medycznego świata.
Solt nie chciał w to wierzyć. Potrząsnął lekko głową i zmusił się, aby spojrzeć przyjacielowi prosto w twarz. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Nic mądrego nie przychodziło mu do głowy.
- Dobrze się czujesz? - Naiwne pytanie. Nie mógł zadać gorszego.
- Doskonale. - Reed odsunął się od drzwi, pozwalając, aby zatrzasnęły się pod wpływem kolejnego powiewu wiatru. Chłopak zgarbił się nieco i wzruszył ramionami, choć to, że przyjaciel domyślił się prawdy, było dla niego jasne. Nie musiał dalej udawać. To nie miało sensu, ale on nie potrafił się przyznać. Chciał, aby to Solt pierwszy poruszył ten temat. - Czemu pytasz?
- Reed, nie kłam. To nie ma sensu.
- Nie patrz na mnie w ten sposób - poprosił, siląc się na spokojny ton. Wcale się tak nie czuł. Jego nastrój pachniał przerażeniem. - Przecież wiesz, że nie mam na to wpływu. 
- Ale...
- Solt, to nic - uciął, patrząc przepraszająco na przyjaciela. Solter odwzajemnił to spojrzenie, a obrzeża jego pola widzenia zabarwiły się na szaro. Depresyjna barwa. Kolor porażki, rezygnacji. Tak właśnie wyglądały uczucia człowieka, który był dla niego najważniejszą osobą w życiu. Solt miał ochotę zamknąć oczy, wstrzymać oddech i odciąć się od tego wszystkiego. Reed mu na to nie pozwolił. Skoro już został przyciśnięty do muru, postanowił, że właśnie teraz nadeszła chwila, aby wszystko wyjaśnić. Ciągnął swoją kwestię bezlitośnie, pragnąc, aby kumpel wreszcie zrozumiał. Nie liczył, że szybko się z tym pogodzi. Wcale tego od niego nie wymagał. - Oboje wiedzieliśmy, że kiedyś musiało do tego dojść. Od śmierci Scotta minęło już ponad dwa lata. To i tak dziwne, że to cholerstwo dało o sobie znać tak późno, bo dopiero teraz. Wiesz tak samo dobrze, jak ja, że już dawno powinienem nie móc się ruszać z łóżka. Może nawet...
- Przestań!
- Powinienem nie żyć, Solt. - Reed wykrzywił usta w pogodnym, nieco zakłopotanym uśmiechu. Uśmiechał się, jakby właśnie stwierdził, że popełnił błąd decydując się na koszulkę o takim fasonie, a nie przewidywał własną śmierć. Dla Soltera było to absurdalne zachowanie, kompletnie niepasujące do zaistniałej sytuacji.
- To nieprawda!
- Prawda, Solt! - krzyknął, tracąc na moment cierpliwość, ale po chwili zdołał się opanować. Zamknął oczy i ścisnął palcami nasadę nosa, poszukując w głowie odpowiednich słów. Kiedy ponownie spojrzał na przyjaciela, jego spojrzenie było spokojne, a nastrój zapachniał ciężką wonią determinacji. - Musisz się z tym pogodzić. Dla mojego dobra i swojego własnego. Poza tym, codziennie ktoś umiera. Nie rób z mojego przypadku czegoś wyjątkowego. Też byś się tak mazał, gdybym któregoś razu nie wrócił z misji? 
Solter patrzył na niego z przerażeniem. Nigdy wcześniej nie brał takiej opcji pod uwagę. To, że Reed zawsze był tuż obok stanowiło coś oczywistego. Razem wykonywali wszelkie zadania, razem ćwiczyli, razem odpoczywali. Przez myśl mu nie przeszło, że taki stan rzeczy mógł nie trwać wiecznie. Przecież byli sobie bliscy... Bliscy, jak bracia, a nawet bardziej, bo w przypadku rodzeństwa często zdarzały się kłótnie i padały okropne słowa. Oni nigdy nie podnosili na siebie głosu. Jasne, czasami się sprzeczali, ale zawsze znajdowali najlepsze rozwiązanie i szybko się godzili. Tym razem nie miało to nastąpić. Solt nie potrafił pogodzić się z myślą, że życie jego najlepszego przyjaciela znalazło się w niebezpieczeństwie, a on sam nie może nic z tym zrobić.
- Ile? - Nie chciał znać odpowiedzi na to pytanie, a mimo to je zadał. Wciąż miał nadzieję, że Reed zacznie się śmiać i powie, że to tylko kolejny żart, na który on, Solter, dał się w brawurowy sposób nabrać. To nie nastąpiło.
- Nie wiem. Escall daje mi rok, jeżeli podejmę próby leczenia. Jednak żadna z moich dotychczasowych wizji nie sięgała tak daleko. Myślę, że to kwestia kilku miesięcy.
Przeklął. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Nie takie słowa pragnął usłyszeć. W te, które dotarły do jego uszu, nie chciał wierzyć. Nie chciał, ale zapachy nigdy nie kłamały. One wskazywały prawdę i tym razem stały się klarowne, jasne i przejrzyste. Pachniały świeżością. Pokazywały, że Reed jest z nim zupełnie szczery.


Madeleine


Dwa dni. Tylko tyle miała dostać na zastanowienie i podjęcie ostatecznej decyzji, a raczej przyjęcie do świadomości zaproponowanej oferty nie do odrzucenia. Czterdzieści osiem godzin niby-wolności, które spędziła leżąc skulona na łóżku, zamknięta w jednej z sypialni. Za towarzysza miała jedynie wycofanego i milczącego Maraudera. Chłopak zjawiał się bardzo często, ale nie szukał kontaktu z dziewczyną. Wchodził do pokoju, przynosząc jej jedzenie, które ona odrzucała lub w końcu przyjmowała, lecz z ogromną niechęcią. Marauder nie reagował na jej humory. Całkowicie ją ignorując, zajmował miejsce przy oknie na parapecie. Nie mówił. Nie patrzył na nią. Po prostu był, a Maddie czuła się całkiem nieźle w jego obecności. Nie potrafiła tego racjonalnie wytłumaczyć, ale kiedy chłopak pojawiał się w pobliżu, ją samą zalewała fala spokoju. Czuła się beztrosko, choć momentami aż anemicznie. Nie miała siły ani do buntu, ani do rozmowy. Powieki jej ciążyły, znużenie mocno dawało o sobie znać. Najchętniej przespałaby kilka kolejnych dni. Jednak podobne uczucia nie towarzyszyły jej ciągle. Gdy tylko nie było przy niej strażnika, odzyskiwała trzeźwość umysłu i zaczynała planować ucieczkę. Raz udało się jej wymyślić całkiem niezły plan, ale właśnie wtedy Marauder zjawił się znowu, a ona porzuciła swoje zamiary. Niemal natychmiast ogarnęła ją niechęć do jakiegokolwiek działania, jakby to chłopak ją kontrolował. Tak to wyglądało, ale Maddie raz po raz odsuwała od siebie tę absurdalną myśl. Przecież to było niemożliwe. Nikt nie miał takich umiejętności. Chyba.
Dwa dni minęły jej błyskawicznie, a potem przyszły kolejne nie przynosząc żadnej zmiany. Chociaż każdego ranka budziła się z oczekiwaniem, że w końcu ktoś coś się wyjaśni, to jednak wieczór zjawiał się nieproszony, odbierając jej wszelką nadzieję. Madeleine straciła rachubę. Nie była pewna, ile czasu upłynęło, od kiedy została uprowadzona. Z początku liczyła wschody i zachody słońca, ale kiedy doszła do okrągłego tygodnia, zaprzestała. Potem chciała do tego wrócić, ale nie potrafiła się na nowo odnaleźć. Nie chciała też pytać. Miała swój honor. Honor, który jednak uległ przewartościowaniu. i któregoś dnia całkiem się załamał.
- Dlaczego jeszcze go nie ma? - rzuciła to pytanie, wychylając się na chwilę z malutkiej łazienki, do której miała dostęp. Marauder spojrzał na nią przelotnie i wzruszył ramionami. Nie był najbardziej rozmownym człowiekiem, z jakim Maddie miała do czynienia. Dziewczyna dziwiła się, że potrafi on tyle wytrzymać, nie wypowiadając ani jednego słowa. Ona też milczała, ale do tej pory miała powód. - To czemu mnie nie wypuścisz?
- Nie mogę.
Przeczuwała, że usłyszy podobną odpowiedź. Chłopak był ślepo posłuszny poleceniom, a wszelkie próby zwerbowania go mijały się z celem. Madeleine o tym wiedziała, choć nie przestawała mieć nadziei. Marauder był jej jedyną nadzieją i jego wsparcie mogło okazać się wyjątkowo cenne. Miała tę świadomość, choć tym razem wszelkie starania spełzły na niczym. Dziewczyna jęknęła z frustracją i wróciła do łazienki, trzaskając za sobą drzwiami. Poczuła się bezsilna. Uczucie desperacji raz po raz zaglądało w jej oczy. Gdyby nie kojący wpływ obecności chłopaka, zapewne już dawno zrobiłaby coś głupiego.
Dziewczyna podeszła do niewielkiej umywalki, po czym odkręciła kurki. Wsłuchując się w odgłos spływającej wody, zmoczyła dłonie i przetarła twarz niespiesznym gestem. Nie pomogło. Wciąż czuła się zrezygnowana. Powoli wyprostowała się i zerknęła na wiszące wyżej lustro. Była zmęczona, tego nie dało się ukryć. Ciemne podkówki wyraźnie zarysowały się pod jej oczami, a jadeitowe tęczówki nie błyszczały tak, jak zwykle. Rude, sprężyste loki oklapły, poplątały się i wyglądały nędznie. Maddie przestawała poznawać samą siebie. Zastanawiała się, co się stało z tą zimną, wyrachowaną jędzą, którą widziała w odbiciu każdego dnia. Odpowiedź była prosta - została zamordowana. Znikła, całkowicie ją stłamszono. Brakowało jej świeżego powietrza, brakowało światła dziennego. Ta nowa Maddie również miała dość. Zrobiłaby wszystko, aby wydostać się na zewnątrz chociaż na kilka chwil. Bała się, że ściany niewielkiego pomieszczenia w niedługim czasie zgniotą ją albo zawalą się jej na głowę. Klaustrofobia, która nękała ją w dzieciństwie, coraz śmielej o sobie przypominała. Nie, tak nie mogło być. Musiała coś z tym zrobić. Bezczynność w niczym jej nie pomagała. Madeleine zrozumiała to, ponownie zerkając na tafle lustra i dostrzegając ostatnią iskierkę determinacji tlącą się we własnych oczach. Podjęła decyzję. Nie mogła odpuścić. Wróciła do sypialni.
Marauder wciąż tkwił nieruchomo na swoim stałym miejscu, z niezwykłą uwagą przyglądając się pejzażowi za oknem. Nawet nie drgnął, kiedy dziewczyna stanęła tuż przy nim i głośno odchrząknęła, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Porozmawiajmy - mruknęła, przewracając oczami. Chłopak westchnął, ale posłusznie przeniósł na nią wzrok. Miał przedziwne tęczówki. Dopiero teraz to spostrzegła. Niby intensywnie zielone, ale na ich obrzeżach czaiły się niebieskie plamki, które zdawały się niespiesznie zagarniać dla siebie coraz większy obszar. Im dłużej się na nie patrzyło, tym mniej było się pewnym, jaki właściwie kolor dominował. Niezwykłe oczy czarowały. Maddie też nie pozostała na nie obojętna. Na jedną, krótką chwilę zamarła, kompletnie ją zamurowało. Czuła, że w płucach zaczyna brakować jej tchu, a z głowy uciekły wszystkie słowa, którymi chciała uraczyć swojego rozmówcę. Nie trwało to długo, dziewczyna szybko wzięła się w garść. Odsunęła się nieco, jakby to przestrzeń była głównym winowajcą jej złego samopoczucia, i spojrzała na strażnika ze wściekłością. Nie chciała się unosić, ale coś kazało jej zachować się w ten sposób. Planowała rozwiązać to w sposób pokojowy, ale lodowata furia zakradła się do jej serca i doradziła, że będzie lepiej, gdy wyładuje swoją frustrację właśnie na tym chłopaku. Maddie posłuchała. Krzyknęła. - Nie macie prawa, żeby mnie tu przetrzymywać! Mój ojciec pewnie już zdążył zgłosić zaginięcie. Policja się tym zajmie, a wy będziecie mieli kłopoty!
- Trzęsiemy się ze strachu - parsknął chłopak, ale w tym śmiechu zabrakło wesołości. Również jego oczy pozostały niezwykle poważne. On nigdy się nie uśmiechał. - Słuchaj, księżniczko, twój kochany tatuś nie kiwnie palcem, aby cię odzyskać, nawet, gdybyśmy mu taką możliwość zaoferowali. Jestem przekonany, że jest nam szalenie wdzięczny za to, że uwolniliśmy go od problemu. Ba, ja wiem, że sam to wszystko ukartował, bo nie mógł dłużej znieść twojego widoku.
- Kłamiesz - syknęła. Nie wierzyła mu ani przez chwilę. Ojciec nie mógł jej tak po prostu zostawić. Nigdy nie wyraziłby się o niej w taki sposób. Kochał ją. Chyba. Poczucie zwątpienia oraz niepewności uderzyło w nią niespodziewanie i gwałtownie.
- Nie, to ty oszukujesz samą siebie - mruknął. - Myślisz, że dlaczego nigdy nie było go w domu? Nie przyszło ci do głowy, że zwyczajnie cię unika? Przecież to oczywiste. Zabiłaś jego ukochaną kobietę. Odebrałaś mu sens życia. Jak mogłaś to zrobić, Mads?
- Zamknij się! - Policzki dziewczyny przybrały czerwoną barwę. Była wściekła, ale o to właśnie mu chodziło. Przez pewien czas miał utrzymywać ją w letargu, a potem niespodziewanie podburzyć. Miał sprawdzić, ile wytrzyma i jak zareaguje na tak gwałtowną zmianę. To była próba, która ostatecznie miała zadecydować o losie dziewczyny. Takie wyznaczono mu zadanie, dlatego kontynuował. Wślizgnął się głębiej do jej podświadomości i podkręcił do granic możliwości receptory odpowiedzialne za konkretne emocje. Wcale tego nie chciał. Wydawało mu się to nieludzkie, a przecież sam był człowiekiem. Nie umiał podejść do tego zupełnie bez uczuć. Może i potrafił wpływać na te obce, ale własnych nie kontrolował. Sam przy tym cierpiał.
- W jego oczach jesteś diabelskim pomiotem - wyszeptał. Mówił prawdę, ale nie czuł się z tym dobrze. Wydawało mu się, że to wszystko zaczyna go przerastać. Pokornie opuścił głowę i odwrócił wzrok. - Tak cię kiedyś określił, wiesz? Według mnie do diabła trochę ci brakuje, ale idziesz w dobrą stronę. Charakterek masz niezły. Trzeba tylko nieco nad nim popracować.
Nie odpowiedziała. To go zaskoczyło. Marauder zerknął na nią ze zdziwieniem, spostrzegając, że dziewczyna nadal stoi tuż przed nim, ale nie patrzy w jego stronę. Utkwiła wzrok w posadce, pozwalając, aby plątanina rudych loków zakryła jej twarz i ukryła ją przed jego badawczym spojrzeniem. Nie takiej reakcji się spodziewał. Spróbował jeszcze raz podsycić jej wściekłość, a tym samym wymusić kolejną nerwową odpowiedź. Nie udało się. Marauder nie potrafił przebić się przez tak grubą warstwę rozpaczy, która pojawiła się znikąd i to zupełnie nieproszona. Stracił kontakt z dziewczyną, ona sama wymknęła się spod jego wpływu, co przyjął niemalże z ulgą. Czuł, że sam by więcej nie wytrzymał.
Marauder powoli opuścił stopy z parapetu na podłogę i zacisnął dłonie na marmurowej płycie, aby opanować ich drżenie. Widział, że Maddie odwraca się, wraca na łóżko i zwija ciasno w kulkę, próbując ukryć przed nim łzy. Nieudolnie. Stłumiony szloch wstrząsał jej ciałem raz po raz. Nie chciał na to patrzeć. Zamknął oczy. Nie sądził, że krzywdzenie tej dziewczyny okaże się takie trudne. Że jemu samemu przyniesie tyle bólu.

Rozdział publikuję z ogroomnym opóźnieniem i z jeszcze większymi wątpliwościami. Ten okres przedświąteczny z całą pewnością nie wpłynął dobrze na moją wenę... No, ale są święta, nie będę marudzić. Jedynie obiecam, że kolejne rozdziały będą lepsze, może nie do końca weselsze, ale... Nieco bogatsze w akcję, której tutaj brakowało. Obiecuję też, że niebawem postaram się nadrobić wszelkie zaległości, których trochę mi się nazbierało.
Co jeszcze? Mokrego Dyngusa Kochani! Mam nadzieję, że Wielkanoc minęła wam wszystkim w cudnej, rodzinnej atmosferze.

Edit. 14.07.16
Idąc za radą (dzięki Iwuś!) zmieniłam przypadłość, na którą zachorował Reed. Faktycznie, nie doczytałam, że priony dają o sobie znać nieco w późniejszym wieku, więc przypadek mojego bohatera i jego brata byłby czymś niesamowitym, wręcz niemożliwym. Moja wina, bardzo przepraszam!

41 komentarzy:

  1. Podoba mi się postać tej lekarki. Sprawia wrażenie takiej... matki całego tego zbiorowiska. Troskliwa, martwiąca się o innych, pomagająca. Już ją lubię! Może dlatego, że ja mam słabość do dobrych postaci:D
    Żal mi tego Reed'a chociaż nie było go tu dużo i nie miałam kiedy się z im bardzo zżyć. Ale coś mi się wydaje, że jeszcze mi na to pozwolisz i ta śmierć może wywołać duże emocje. W sumie chciałabym, bo przecież właśnie o emocje chodzi. Ta rozmowa była bardzo przykra, melancholijna, smutna, ale świetnie ci wyszła! Ciekawa jestem, co na to wszystko Solter... Jak się będzie zachowywał, co czuł. To mu na pewno nie pomoże na i tak już rozchwiana psychike...;/
    Natomiast coraz bardziej ciekawi mnie postać tego Maraudera. Nie wiem czego mogę się po nim spodziewać, ale już tutaj widać, że jest to pozytywna postać. Co prawda zdołował Mad, sprawił jej ogromną przykrość i tak dalej, ale dzięki temu fragmentowi pokazałaś, jakim jest wrażliwym człowiekiem. On też to odczuł, więc... mam co do niego dobre przeczucia. Mimo wszystko.

    Pozdrawiam i czekam na kolejny! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :*
      Tak, lekarka to taka dobra duszyczka, która wszystkim chce pomóc, choć nie zawsze jest to możliwe. O Solta martwi się podwójnie, bo dobrze wie, jaki jest porywczy ;)
      Reed jeszcze się pojawi. Od tego momentu znacznie częściej będziecie mogli obserwować go przy boku Solta, co ma swoje dobre i złe strony.
      Marauder... Cóż, powiem tak - nie całkiem przypadkowo otrzymał właśnie takie imię ;) Trudno jednoznacznie określić, czy jest dobrą, czy złą postacią. Ma dużą wrażliwość, ale to tylko jeden z czynników, które mogą przesądzić o całej sprawie. Wszystko będzie zależeć od wyborów, które kiedyś tam dokona. No, ale nie zdradzam więcej, bo tradycyjnie się rozgadałam ;)
      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  2. Bardzo zasmuciła mnie wieść o chorobie Reeda. Proony- to nie wróży dobrze. Szczegolnie ze na dodatek dar Reeda pozwala mu na określenie, kiedy umrze..: dlaczego mu to robisz? Przy okazji musze stwierdzić, ze dar S.jest fascynujący...! Ciekawe, jaki bedzie posiadała Maddie... Której współczuje swoją droga, bo kompletnie nic nie wie. Mairader jest chyba najbardziej fascynująca postacią tego opowiadania, gdyby nie opis z jego perspektywy, nadal myślałabym, ze jest wyjątkowo bezduszny. A teraz... Jest interesujący! Dlaczego starcowi az tak zależy, by złamać Maddie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem jestem bezduszna, że tak od początku się znęcam nad tymi moimi bohaterami :D No, ale jeszcze będziecie mogli nacieszyć się Reedem ;)
      Tak, dar Solta jest niezwykły, ale ma swoje wady. W tym przypadku pewnie Reed przeklina niesamowity węch swojego kumpla, bo w innym przypadku mógłby po prostu skłamać, że wszystko jest ok.
      Dar Maddie jeszcze przez chwilę zostanie tajemnicą, ale już niebawem go odkryjecie ;) W sumie między wierszami już pojawiły się pewne wskazówki - może ktoś odgadnie wcześniej o co chodzi ;)
      Ja Maraudera postawiłam dość wysoko w rankingu moich ulubionych postaci. Śmiało może konkurować z Soltem, więc cieszę się, że i ciebie zaciekawił :)
      A na ostatnie pytanie nie odpowiem! Niedługo wszystko stanie się jasne, tymczasem bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Dziś z komentarzem będę w miarę na bieżąco. Tak dla małej odmiany :)

    Zaskoczyłaś mnie zamianą narracji. Tak przywykłam, że zaczynałaś zawsze od Maddie, że aż ciężko mi się było przestawić :) Jednak tym małym zabiegiem zachowałaś spójność akcji. Dlatego rozumiem to :)

    Escall (swoją drogą ciekawe i bardzo ładne imię) już zdążyłam polubić. To taka ciepła i wrażliwa kobieta. I mimo, że pewnie nie będzie ona odgrywała żadnej istotnej roli w tym opowiadaniu, to i tak wiem, że swoim charakterem wprowadzi tu nieco ciepła. Natomiast szkoda mi okropnie Reeda. Nie było go do tej pory w opowiadaniu za dużo, ale bardzo go polubiłam. Najgorsze jest teraz to, że za każdym razem kiedy będę o nim czytała, będę też miała na uwadze to, że on zginie. Z drugiej strony może lepiej powoli przygotować się na jego śmierć, niż żeby była ona nagła?

    Maddie ktoś w końcu utarł nosa. Nawet w tym rozdziale było mi jej żal. Co do Maraudera – jest to dla mnie zagadkowa postać. Podoba mi się dar jaki posiada, ale to chyba w najmniejszym stopniu mnie zaintrygowało. Na początku myślałam, że jest on bezduszny i sprawia tyle przykrości dziewczynie jedynie dla własnej przyjemności. Jednak później, kiedy przedstawiłaś nieco dokładniej jego perspektywę zaczęłam mieć wątpliwości. Chłopak został do tego zmuszony i wcale mu się to nie podobało, więc z całą pewnością nie może być bezduszny. Jest tylko mocno podporządkowany sile wyższej. Zastanawiam się tylko dlaczego :)

    Twoje opowiadanie wciąga coraz mocniej z rozdziału na rozdział. Mam szczerą nadzieję, że kolejna jego cześć pojawi się niedługo :)

    Znalazłam też chyba jeden błąd w zdaniu „przestrzeń była głównym winowajcom jej złego samopoczucia” – chyba powinno być tu „winowajcą”? Tak przynajmniej brzmi narzędnik w liczbie pojedynczej. „Winowajcom” występuje chyba jedynie w liczbie mnogiej i to w celowniku. Przynajmniej według mojej wiedzy :)

    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, troszkę zmieniłam kolejność narracji, żeby to wszystko miało ręce i nogi ;) Poza tym zastanawiam się nad wprowadzeniem trzeciej perspektywy, ale waham się, czy to za bardzo nie namiesza... Będę musiała to porządnie przemyśleć.
      Escall powstało od nazwy Esculapa, co jest symbolem lekarz :D Lubię tak kombinować z różnymi słowami, aby dane imię coś znaczyło. Podobnie było z imieniem Soltera i Maraudera :D
      Wracając jednak do Escall. Tak, jest ona poboczną postacią, ale mam nadzieję, że sam fakt jej obecności wprowadzi taką pozytywną aurę :)
      Jeżeli o Reeda chodzi... Też mi go szkoda, bo mimo wszystko strasznie go polubiłam. I tutaj może nie do końca się z tobą zgodzę... Fatalnie jest żyć, wiedząc, że godzina śmierci zbliża się nieubłaganie. Wydaje mi się, że takiemu człowiekowi przestaje zależeć na czymkolwiek. Inaczej funkcjonuje ktoś, komu wydaje się, że ma przed sobą całe życie i śmierć zakrada się do niego niespodziewanie, niż ktoś, kto tylko odlicza swoje dni. Przynajmniej mi się tak wydaje, ale mogę być w błędzie.
      Marauder chciałby być bezduszny ;) Ile rzeczy by to ułatwiło! No, ale tak się nie da i chłopak kłóci się sam ze sobą. Czemu tak postępuje? To już innym razem ;)
      Co do błędu - bardzo dziękuję za czujność! Oczywiście masz rację. Sama go wyłapałam, jak ponownie czytałam rozdział następnego dnia na komórce z tym, że nie miałam do niego dostępu, żeby go poprawić.
      Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
    2. Ja jestem zdecydowanie za trzecią perspektywą. Głównych bohaterów już poznaliśmy, więc wprowadzenie w tym momencie kolejnej perspektywy z pewnością mniej namiesza niż na początku. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo kiedy na samym początku opowieści pojawia się mnóstwo różnych bohaterów to ciężko się wówczas połapać kto jest kim i jaką pełni rolę. U Ciebie, po pięciu rozdziałach z pewnością nie będzie to problemem. Oczywiście decyzja w tej kwestii należy do Ciebie :) Ja wyraziłam tylko swoje zdanie. I w tym momencie zgaduję, ale czy miałaś na myśli perspektywę Maraudera? Jeśli tak, to ja jestem za tym, tym bardziej! :)

      Czy jeszcze jakieś imiona Twoich bohaterów mają jakieś ukryte znaczenia? Spodobała mi się ta geneza imienia Escall :)

      Co do Reeda. Mi raczej chodziło o to, że ja wolę przygotować się do śmierci bohatera, niż zostać zaskoczoną i żeby zginął on nagle. Co do bohatera. Dla niego z całą pewnością byłoby lepiej gdyby nie wiedział kiedy umrze. Mam nadzieję, że chłopak mimo tej beznadziejnej sytuacji w jakiej się znalazł jakoś da sobie radę i nie popadnie w żadną depresję :)

      Jeszcze raz pozdrawiam ciepło i czekam na kolejny rozdział :)

      Usuń
    3. Zgadłaś, chodziło mi o Maraudera ;) Pomyślałam sobie, że jest on na tyle ciekawą postacią, że fajnie byłoby lepiej zarysować jego psychikę, ale muszę się zastanowić, czy będzie mi to pasować do dalszych wydarzeń i za bardzo nie spowolni akcji ;)
      Tak :D Solter jest kombinacją dwóch słów Sol (słońce - co jest dość przewrotne, bo jego charakterek jest jaki jest i daleko mu do pogodnego człowieka :D) i soldier (żołnierz - z wiadomych względów). Oczywiście jeszcze Marauder, ale tutaj sprawa jest prosta, bo wzięłam to słówko z angielskiego i oznacza tyle co - maruder, a czemu tak to wyjaśnią jego przyszłe losy :D
      A! No tak :D Patrząc z perspektywy czytelnika, to też wolę wiedzieć wcześniej, chociaż ja jestem na tyle sentymentalna, że nawet taka zapowiedziana śmierć robi na mnie wrażenie.
      Dziękuję za zainteresowanie :) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Solter zyskał w moich oczach jeszcze bardziej. Podoba mi sie w nim to, że myśli o innych, jak np. pani lekarce, nie chciał wyjść z pomieszczenia od razu po leczeniu, żeby jej nie urazić. Do tego to, jak zmartwił sie chorobą Reeda. To bardzo wrażliwy chłopak. To się ceni. Lubię jego dar, bardzo przydatny. Od razu może mieć pewnosć, czy warto komuś ufać czy nie. Jestem ciekawa co Reed jeszcze wniesie do historii. Kim dokładnie był jego brat? Niech wymyślą jakiś lek i go wyleczą. ;<
    Biedna Maddie... Katują ją psychicznie. Wydaje mi się, że poprzez rozbudzenie jej wściekłosci próbują jakby uaktywnić jej moce. Wypuszczą ją jak już im sie uda? Chyba ciężko pójdzie, bo dziewczyna jest naprawdę opanowana. Wmawianie jej, że tata jej nie kocha jest naprawde chamskie. Czy uda się ją w końcu złamać? Mam taką cichą nadzieję, że jednak nie. Że wstanie i skopie im wszystkim tyłki.
    Czekam na dalszą część.
    Pozdrawiam! ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Solt myśli o innych, ale o sobie pomyśleć najczęściej zapomina, co najlepsze nie jest...
      Co wniesie Reed? Masę optymizmu ;) A do tego kim był jego brat jeszcze wrócę.
      Maddie jest silna, ale czy wytrzyma tak wiele? Sami zobaczycie!
      Bardzo dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  5. Widzę, że sporo się wydarzyło.
    Najpierw Solt i Reed (swoją drogą fantastyczny facet z jajami dzisiaj mało jest takich).
    I jeszcze Maddie.
    Wciąż mam mieszane uczucia co do dziewczyny.
    Ma trochę na sumieniu co sprawia, że wydaje się być bardziej realistyczna niż większość.
    Mam również nadzieję, że nie zabijesz Reeda. Jedna z moich ulubionych postaci tutaj. W ogóle chyba bardziej wolę Reeda niż Solta.
    pozdrawiam mocno i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Troszkę się zadziało, ale akcja jeszcze nie toczy się jeszcze takim tempem, jak powinna ;)
      Tak, ja też lubię Reeda. Jest mega pozytywnym człowiekiem i nie straci tej pogody ducha nawet w obliczu choroby. Tyle mogę obiecać.
      A co do Maddie... Niełatwo ją określić ;) Myślę, że do tego potrzebny jest czas.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  6. Wreszcie udało mi się przeczytać do tego momentu. Od samego początku, kiedy pierwszy raz zobaczyłam szablon i przebiegłam wzrokiem po pierwszych zdaniach prologu, wiedziałam, że czytając twoje opowiadanie nie mogłabym się absolutnie niczym rozczarować i okazuje się, że miałam rację. Bardzo podoba mi się ta historia, jeszcze bardziej - sposób, w jaki ją prowadzisz. Muszę przyznać, że pisanie z podziałem podobnym jak u ciebie, czyli raz mamy do czynienia z Maddie, a raz z Solterem, niezbyt mi podchodzi, ale u ciebie sprawdza się to bardzo dobrze. Szkoda mi tego Soltera, już od samego początku. Smutno mi się robi, czytając o nim oraz o tym, jaki jest zmęczony i przytłoczony tym, co się dzieje wokół niego i tyl, co dzieje się z nim samym. Marauder sprawia wrażenie takiej marionetki, posłusznej każdemu rozkazowi, ale w głębi duszy to go męczy, coś stara się mu powiedzieć, że tak nie powinno być. No i Reed. Uwielbiam tego chłopaka. Z nim nie może dziać się nic złego, bo nie wiem, co ze sobą zrobię. Tak to już jest, że najsmutniejsi ludzie uśmiechają się najjaśniej.
    Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci wszystkiego dobrego. Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak mi miło! Wprost lejesz miód na moje serducho ;)
      Co do podziału na dwie różne perspektywy - mi on nie przeszkadza za bardzo. W tym przypadku wręcz ułatwia wiele spraw, bo mogę dokładnie pokazać, jak wygląda życie Maddie, i jak Soltera póki nie mają ze sobą najmniejszego kontaktu, a potem będzie łatwiej zarysować uczucia zarówno jego, jak i jej. Tak myślę, a jak będzie w rzeczywistości... to już czas pokaże ;)
      Co do Maraudera masz dobre przemyślenia, a właściwie prawie ;) Na czym będzie polegała różnica wyjawię już niedługo.
      Reed jest iskierką optymizmu w tym opowiadaniu, ale sam nie uniknął kłopotów. Ma swoje problemy, które mocno go dobijają, a mimo to nie chce tracić uśmiechu. Za to go uwielbiam :D
      Bardzo dziękuję ci za komentarz i w ogóle za to, że znalazłaś czas i chęci, aby nadrobić wszystkie rozdziały. Jestem szalenie wdzięczna :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Szkoda mi strasznie tego Reeda. Niby na razie niewiele o nim było, ale sprawia wrażenie tak pozytywnej postaci, że aż przykro się robi na myśl, że kiedyś zabraknie go w tym opowiadaniu... no chyba że znajdzie się jakiś sposób na to, by żył, na co mam ogromną nadzieję!
    Ciekawi mnie bardzo postać Maraudera. To jak przejął się cierpieniem Maddie sprawiło, że zaczęłam go lubić i juz nie mogę się doczekać, by bardziej go poznać i zrozumieć ;) W ogóle muszę ci powiedzieć, że wszystkie twoje postacie są takie prawdziwe i wyraziste. Każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter i każdą da się lubić. Zazdroszczę ci tego, że umiesz je przedstawić w taki naturalny sposób :)
    Pozdrawiam i życzę mnóstwa weny! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz!
      Tak, mi też jest szkoda Reeda. On nie zasłużył na taki los, ale cóż, moje postaci nie mają ze mną lekko.
      Cieszę się, że polubiłaś Maraudera ;) Ja też go lubię, choć do najłatwiejszych postaci nie należy... Może przez to wydaje się taki ciekawy :)
      Ogólnie jest mi strasznie miło, że tak pozytywnie odbierasz tych moich bohaterów. Staram się, jak mogę, aby ich zachowania były naturalne.
      Jeszcze raz dziękuję!
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  8. Pojawiłam się i ja. Zacznę od Reed'a, jeśli pozwolisz, dobrze? :) Mimo iż nie chciał powiedziec prawdy swojemu przyjacielowi to polubiłam go od samego początku. Mieć świadomość, że się umiera to..coś jak mieć demona wewnątrz siebie i czekać aż zaatakuje, lecz mimo wszystko Reed nie powinien odtrącać swego przyjaciela.
    Solter - wojownik-buntownik, sama nie wiem dlaczego tak sobie go nazwałam. :) Wojowniczy twardziel - mogłabym napisać po tym rozdziale. Woli być optymistą niż realistą, jeśli chodzi o kogoś bliskiego.. nie chce przyjąć wiadomości o umieraniu, lecz niestety będzie musiał stanąć z tym twarzą w twarz.
    O lekarce bardzo mało wiemy, chociaż ona wydaje mi się oazą spokoju. Bardzo potrzebna wojownikom nie tylko przez umiejętności medyczne.
    Pozdrawiam,
    http://wzburzone-fale.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że wpadłaś, a jeszcze mi milej, że Reed zyskał twoją sympatię :) To porównanie z tym demonem czającym się wewnątrz nas jest bardzo trafne i zdecydowanie mi się podoba.
      Reed nie do końca odtrącił Solta. Po prostu chciał odwlec w czasie prawdę, ale mu to nie wyszło. Przy kimś, kto jest obdarzony takimi darami, jak Solter ciężko cokolwiek długo utrzymać w tajemnicy.
      Solt optymistą? Odważne stwierdzenie :D Ja bym się o nie chyba nie pokusiła. On po prostu zaprzecza prawdzie, którą przekazał mu przyjaciel. Trochę na siłę oszukuje samego siebie...
      Lekarka jest postacią drugo-, a nawet trzecio-planową. Może nie odegra tutaj bardzo ważnej roli, ale jest istotna. Solt ma w niej duże oparcie. Reed zresztą też.
      Pozdrawiam i bardzo dziękuję!

      Usuń
  9. Wow, naprawdę świetny rozdział! Przepraszam, że komentuję dopiero teraz, ale jestem totalnie pochłonięta pracą licencjacką i co jakiś czas robię sobie zaległości w blogosferze. Ale już jestem :)
    No, no, zaserwowałaś nam naprawdę mnóstwo emocji. Cieszę się, że na dłuższą metę Soltowi nic się nie stało - miał sporo szczęścia, poza tym Escall faktycznie musi mieć jakiś dar w rękach. Od razu polubiłam tę staruszkę; da się wyczuć jej troskliwość, a przy tym inteligencję i ogromną wiedzę medyczną. Raz-dwa połatała Soltera, tak że był prawie jak nowy. Wielka szkoda, że tego samego nie da się powiedzieć o Reedzie... Jestem bardzo nieprzyjemnie zaskoczona informacją o jego chorobie. Widać, jak on i Solt są ze sobą zżyci, poza tym jakoś tak zapałałam do Reeda sympatią, a tu się okazuje, że choruje bez szans na wyleczenie. Jeszcze ten wyrok "maksymalnie rok"... Nie wyobrażam sobie, jak to jest żyć z czymś takim. Tymczasem w tej sytuacji trudno powiedzieć, kto bardziej to przeżywa: Reed czy Solt, który nawet nie chce przyjąć do wiadomości, że jego przyjaciel, przyszywany brat, za kilka miesięcy może odejść z tego świata. Chociaż Scotta nie dało się uratować, ja będę do samego końca trzymała kciuki za Reeda. Może znajdzie się jakieś cudowne lekarstwo... Muszę w to wierzyć.
    Teraz już wiem, o co Ci chodziło, kiedy podkreśliłaś Maraudera jako ciekawego bohatera :D Jest niesamowity! Sam jego wygląd, zachowanie, umiejętności... Wydaje się na pierwszy rzut oka taki profesjonalny i zdystansowany, tymczasem wyszło na jaw, że wcale nie jest chłodny ani tym bardziej nieczuły. Jak widać, nawet jemu przetrzymywanie Madeleine nie sprawia przyjemności. Doskonale rozumiem frustrację dziewczyny, sama dostałabym szału. Te słowa Maraudera dotyczące jej ojca były okrutne, ale... Obawiam się, że w pewnej części miał rację. Maddie znienawidził jej własny rodzic. W momencie, kiedy doprowadziła do śmierci swojej matki, więź między nimi pękła. Z jednej strony nie mogę go za to winić, jednak z drugiej... Czy naprawdę zostawiłby swoje dziecko na pastwę losu? Czy rzeczywiście uważa ją za szatański pomiot?
    Jestem niesamowicie ciekawa, co wydarzy się dalej, historia nabiera tempa. Czekam na kolejny rozdział <3
    rude-pioro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję! A brak czasu to ja doskonale rozumiem - u mnie pod koniec maja zaczyna się sesja letnia, a juz teraz jestem przeciążana prezentacjami i esejami różnego typu. Także nie jest lekko...
      Reed nie ma łatwo, bo ja również nie wyobrażam sobie znaleźć się na miejscu osoby, która wie, że niedługo umrze. Nie wiem, jak w takich warunkach można cieszyć się z czegokolwiek, choć może jest inaczej... może taka osoba uczy się cieszyć z najdrobniejszych rzeczy? Ciężko stwierdzić nie będąc na miejscu takiego człowieka... Solt też nie ma lekko, bo on z kolei doskonale wie, co czuje przyjaciel i oprócz własnego lęku, odczuwa także strach, w jakim żyje Reed.
      Tak czułam, że Marauder wam się spodoba :) On stara się być profesjonalny i zdystansowany, ale nie zawsze mu to wychodzi. Po prostu w jego ślicznej główce zderzają się ze sobą dwie, sprzeczne wartości. Z jednej strony wie, że przetrzymywanie Maddie i znęcanie się nad nią nie jest moralne, ale z drugiej ma świadomość, że nie może się zbuntować, bo zbyt wiele może go to kosztować... Ale o tym kiedy indziej :)
      Ojciec Maddie to specyficzna postać. Marauder miał sporo racji wypowiadając się o nim w taki sposób, ale też nie tak do końca.

      Bardzo dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  10. REZERWUJĘ TO MIEJSCE DLA SIEBIE :D Przepraszam,że tak późno jestem,ale egzaminy już w poniedziałek więc totalny zapierdziel i brak czasu na co kolwiek. Byś nie martwiła się że mam cie gdzieś i zapomniałam o tobie to chciałam napisać tylko że nadrabiam w przyszły weekend zaległość. (Wybacz że tutaj) a tym czasem zapraszam do siebie; znów opuźnienie i na dodatek strasznie mało napisałam,ale no cóż...lepiej zawsze cos niż wcale :) http://dilseeeee.blogspot.com/2016/04/rozdzia-5-cicha-nocswieta-noc.html?m=1 pozdrawiam i życzę wiecej weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale to rozumiem, ja też niewiele czasu poświęcam obecnie na blogi, bo sesja letnia tuż, tuż, a już teraz mam mnóstwo zaliczeń...
      Także nie rób sobie wyrzutów! Ja cierpliwie poczekam i obiecuję, że wpadnę do ciebie na dniach.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  11. Bardzo podoba mi się Twój styl pisania.
    Reed jest tak fajną postacią, że szkoda by było, gdyby zniknął z Twojego opowiadania. Reed musi bardzo przeżywać swoją chorobę. Szczerze mówiąc, on bardziej mi przypadł do gustu niż Solt. Może jednak mnie zaskoczysz i sprawisz, że Reed nie umrze? Kto wie? :)
    Postać lekarki jest taka, jaką zwykle lubię - pomaga innym i jest dobroduszna!
    Sytuacja Maddie mnie porusza. Ciekawe, jaki będzie posiadała dar...?
    Pozdrawiam i życzę dużo weny!
    www.rzeka-opowiesci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. W końcu do Ciebie dotarłam i wybacz,że obiecałam ci komentarz dużo wcześniej,a daję go dzisiaj! Ale nabrałam dużo nowej siły na czytanie,więc szybko nadrabiam i zabieram się też za nowości.
    Dar Maddie? Mhm...bardzo ciekawe. Ciekawi mnie jaki to będzie ona miała dar. Jakby to ująć...intrygujące. jaki dar i jakie jego będą właściwości i czy Maddie sobie z nim poradzi. Co do części z Soltem: zgadzam sie z koleżanką powyżej. To w pewien sposób urocze to jak Reed przeżywa chorobę. Szkoda mi chłopaka (Solt) odczuwa swój lęk,co jest pewno bardzo uciążliwe dla niego,bo nie łatwo się żyje pewnie w jego świecie z strachem przed własnymi lękami i najsłabszymi punktami. Do tego dochodzi odczuwanie strachu kumpla....przerażające.
    Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam! ;**** życzę dużo weny i siły na kolejne wspaniałe rozdziały, tym czasem zapraszam do siebie na 5 rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam na notatkę informacyjną odnośnie SDSH i dalszych losów Meer mam nadzieję ze ze mną zostaniesz ;* http://dilseeeee.blogspot.com/2016/05/to-jeszcze-nie-koniec-notka-informacyjna.html?m=1

      Usuń
  13. Udało mi się dotrzeć tutaj ; ))

    Skrzydło szpitalne kojarzy mi się z "Harrym Potterem" :D

    A teraz o samej treści - nie podoba mi się to, że Reed jest ciężko chory. Tzn. to ciekawe i w ogóle, ale jego naprawdę polubiłam i nie wiem, czy moja psychika jest gotowa na jego śmierć. Zastanawiam się, co to za cholerstwo tak na niego działa i czy uda im się znaleźć lekarstwo (może istnieje...?)

    W sprawie Maddie czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Widać, że dziewczyna jest totalnie pozbawione pewności siebie i trochę balansuje na granicy załamania nerwowego. Teraz jestem w stanie lepiej ją zrozumieć - skorupa jędzy, żeby chronić się przed okropnym światem. Nie wiem, czy ten ojciec naprawdę jej nie kocha czy po prostu tak zgrabnie nią manipulują, ale szkoda mi jej :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie mi też, ale zabrakło mi odpowiedniejszego słowa na nazwanie punktu medycznego :D
      Kwestia choroby Redda stanie się niebawem jasna i stanie się wiadomym, czy uda mu się ją pokonać.
      Dla Maddie te wszystkie wydarzenia to coś absurdalnego. Normalnie pewnie długo wypierałaby je ze świadomości, gdyby nie to, że już wcześniej miała pewną styczność z tym innym, niezwykłym światem. A tak? Została jej tylko taka poddańcza postawa.
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  14. W końcu się zjawiam... Zaskoczyło mnie to, że mimo, iż nie było mnie tu naprawdę długo, miałam tylko jeden rozdział do nadrobienia. Chociaż w sumie cieszę się, że mogłam go przeczytać :)
    Przykro mi z powodu Reeda. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić jego śmierci. Zresztą on jest ważny dla Soltera, a to samo w sobie sprawia, że nie chcę, aby umierał. Mam jednak wrażenie, że jego los jest nieunikniony. Niemniej jednak podobało mi się, jak poprowadziłaś tę rozmowę między tą dwójką. Co prawda za każdym słowem kryło się na początku niedopowiedzenie i trochę wkurzało mnie, że nie mogą wyłożyć "kawy na ławę", ale i tak naprawdę przyjemnie mi się to czytało. Najważniejsze, że wpływało to też na moje emocje :)
    Co do Maddie... Nie spodziewałam się, że będzie ona trzymana tak długo. Swoją drogą to rzeczywiście była próba czasu, tak długi czas w zamknięciu... Jakoś jednak troszeczkę bardziej współczuję Marauderowi. Fakt to dziewczyna dostała "cios" i to on go spowodował, ale z racji tego, że przedstawiłaś to bardziej z jego perspektywy, to było mi przykro, że jest zmuszony do zrobienia tego... Zastanawia mnie tylko, co w ten sposób miał osiągnąć... No i co zdarzy się dalej? Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się tu niebawem, a tymczasem życzę Ci WENY! Tak i to ogromnych jej ilości! Niech zapuka do Twoich drzwi i przytuli na powitanie, a co! :) Pozdrawiam serdecznie! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz!
      Losy Reeda nie są jeszcze do końca przesądzone, ale zbyt pozytywnych perspektyw przed sobą nie ma - to trzeba przyznać.
      Marauder to niewątpliwie ciekawa postać :D Jeszcze trochę tu o nim będzie :)
      Ta wena coś dawno zwlekała, ale chyba nieśmiało do mnie zagląda, więc może na dniach powstanie jakiś nowy rozdział.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  15. Tak tu piszesz o tych zapachach wyczuwanych przez Solta, aż ja poczułam smród palących się ziemniaków xD Na szczęście Zdążyłam na czas je wyłączyć.
    Co do opowiadania - bardzo się cieszę, że do niego wróciłaś i poprawiona wersja prezentuje się o wiele lepiej. Jak już Ci pisałam prywatnie - bardzo lubię, jak dobierasz słowa, przez co, czytając, ma się wrażenie, że się płynie wraz z tekstem. Tylko nie ogarnęłam, co to jest jadeit xDDD
    Trochę ciężko mi będzie skomentować wszystkie rozdziały na raz, toteż zacznę od mojej opinii dotyczącej bohaterów. Cieszę się, że nie zrobiłaś z Solta silnego wojownika, który jest tak twardy, że nie odczuwa emocji, nie poddaje się, nigdy nie dzieje mu się krzywda. Dzięki temu, że ma swoje słabostki, jest bardziej ludzki, choć posiada nadzwyczajne zdolności. Wydaje mi się, że jest całkowitym przeciwieństwem Maddie - on niesłusznie obwinia się o śmierć chłopca, wyrzuty sumienia nie dają mu spać i stają się silniejsze z dnia na dzień, podczas gdy Maddie bezlitośnie bawi się emocjami innych tak, by czerpać z nich odpowiednie korzyści.
    Dodatkowo - życie z umiejętnością odgadywania uczuć innych, nawet wbrew własnej woli, musi być niezwykle trudne. W końcu czasem wolałoby się nie wiedzieć o pewnych sprawach, lecz Solterowi podobna możliwość została odebrana - on nie może tak zwyczajnie uwierzyć w kłamstwo, nie może nie przejmować się czyimś smutkiem.
    Informacja o chorobie przyjaciela właśnie dlatego dobiła go podwójnie. Nie potrafił zignorować zapachu zgnilizny... to aż przerażające. Mam nadzieję, że Reed jednak wywinie się od śmierci, chociaż szczerze w to wątpię. Prionów niestety jeszcze nikt nie opanował :P Tylko mała uwaga techniczna - te choroby się objawiają po trzydziestce plus to choroby układu nerwowego, więc Reed raczej nie byłby w stanie tak normalnie sobie pogadać z Soltem, dlatego nie wiem, czy by nie było lepiej, gdybyś zmieniła na raka, bo w sumie też często się zdarza, że jeśli jedna osoba w rodzinie choruje, to druga też :)
    Co do Maddie - zaskoczyła mnie jej nieoczekiwana przemiana, lecz, choć na szczęście nie doświadczyłam tego na swojej skórze, wydaje mi się, że trafnie opisałaś emocje osoby porwanej. Dziewczyna popadała w swego rodzaju niemoc i poniekąd zaczęła się przyzwyczajać do obecnego stanu rzeczy. Marauder nie ułatwia sprawy. To, co powiedział, było naprawdę bezlitosne i nawet taka osoba jak Madds nie zasłużyła na takie słowa. Ciekawi mnie, jak dalej rozwiąże się ta sprawa i kiedy dziewczyna zostanie wypuszczona ze swoistej niewoli.
    Co do całej historii - akcja jest niesamowicie płynna, ani się nie dłuży, ani nie jest za szybka, znalazłaś złoty środek i za to należą Ci się wielkie gratulacje <33
    Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam, ąz weźmiesz się za pisanie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz i to taki długaśny!
      Hah, dobrze, że zdążyłaś, bo miałabym twój obiad na sumieniu :D
      Nieskromnie powiem, że ta poprawiona wersja też bardziej mi się podoba. Jest lepiej przemyślana, a przynajmniej mam takie wrażenie.
      Jadeit to taki szmaragdowo-zielony kamyczek, minerał :D W każdym razie ma ładną barwę, nie taką typowo zieloną :D
      Dobrze rozszyfrowałaś tych moich bohaterów. Solt w żadnych wypadku nie miał wyjść na silnego wojownika. W głębi duszy, to takie zagubione dziecko, które nie radzi sobie ze swoimi problemami i trochę zbyt wiele od siebie wymaga.
      Maddie jest zakochana w sobie i do tego wydaje jej się, że świat należy do niej, ale sytuacja, w której się znalazła, nieco jej poukłada w głowie. Może :D
      Dzięki za uwagę - faktycznie lepiej będzie, jak to zmienię ;)
      Bardzo dziękuję! Tym komentarzem obudziłaś moją wenę, która chyba potrzebowała kilku słów analizy od kogoś "z zewnątrz", aby wziąć się w garść ;) Może na dniach uda mi się stworzyć coś ciekawego.
      Pozdrawiam! :*

      Usuń
  16. Witam!
    W końcu dotarłam i nadrobiłam za jednym zamachem zaległości u Ciebie. Wybacz, że nie komentowałam pod każdym rozdziałem, ale jak czasem czytam parę rozdziałów na raz to jest mi lepiej. Bo się nie rozpraszam. Ale spokojnie. Spróbuje zawszeć w komentarzu wszystko, co ważne z tamtych rozdziałów również.
    Na początek powiem, co najbardziej rzuciło mi się w oczy i najbardziej mnie "boli" to pisanie o rzeczach, które są oczywiste. Wiele razy w opisach umieściłaś stwierdzenia, których nie trzeba było dodawać. Nieraz powtarzałaś je. A przede wszystkim boli mnie jeszcze bardziej wyprzedzanie faktów. Nie wiem, jak było w prologu, roz1 i roz2, nie pamiętam już, może nie było to aż tak widoczne, albo tego nie było wcale. Tutaj muszę powiedzieć, że często psujesz klimat zdobywania informacji czytelnikowi. Podajesz fakty, które odbiorca powinien sam się domyślić bądź zdobyć z czasem. Sam przekonać się o tym, np. jaki jest dany bohater. I podam Ci przykładów, bo gdy u mnie wspomniano takie rzeczy, nie miałam pojęcia, w których momentach to zrobiłam i co powinnam usunąć. Tak więc, ja tego błędu nie popełnię i nie obejdę bez tego. Oczywiście wszystkiego nie wypiszę.
    1. "- Tak, ale z całkiem innego powodu, niż ciebie. Bo widzisz, wcale go nie rozumiem. Nie mówię jego językiem. Mogę za to sprawić mu dotkliwy ból, a on jest tego świadomy i robi to, czego od niego oczekuję. Dokładnie tak, jak pozostali. Ty jednak nie musisz się obawiać, Mads. Wykonasz wszystko, co będzie konieczne, nie zmuszając mnie do użycia siły, prawda?
    Groźba. Subtelna, dokładnie ukryta pod grubym woalem charyzmy starszego, dobrze wychowanego, pana. Szantaż prawie nie do rozpoznania."
    Groźbę można spokojnie wyczuć, nie musiałaś pisać o tym, dla potwierdzenia faktu. Jakby czytelnik nie umiał sam wyczuć w wypowiedzi podstępu. To było zbędne.
    2. "Postanowił nie krzywdzić jej w najbliższym czasie. Pragnął wytrwać w tym postanowieniu." - znów wyprzedziłaś fakt, dzięki czemu ja osobiście nie martwiłam się o Maddie, bo wiedziałam, że nic jej nie będzie groziło, a facet nie jest taki zły, na jakiego powinien wypaść
    3. "Koszmar trwał nadal, a jego epicentrum skoncentrowane było w niedalekiej przyszłości, czego ona nie była jeszcze do końca świadoma." - podobną wskazówkę napisałaś przy Solterze, ale nie mogę teraz tego znaleźć. I znów wiemy, że coś się szykuje, co psuje niespodziankę potem.
    4. "Przez pewien czas miał utrzymywać ją w letargu, a potem niespodziewanie podburzyć. Miał sprawdzić, ile wytrzyma i jak zareaguje na tak gwałtowną zmianę. To była próba, która ostatecznie miała zadecydować o losie dziewczyny. Takie wyznaczono mu zadanie, dlatego kontynuował. Wślizgnął się głębiej do jej podświadomości i podkręcił do granic możliwości receptory odpowiedzialne za konkretne emocje. Wcale tego nie chciał. Wydawało mu się to nieludzkie, a przecież sam był człowiekiem. Nie umiał podejść do tego zupełnie bez uczuć. Może i potrafił wpływać na te obce, ale własnych nie kontrolował. Sam przy tym cierpiał." - perspektywa Mad, ale narrator wchodzi też do umysłu faceta i od razu mamy kawa na ławę jego charakter. Dobry człowiek, pod złym rządzeniem pana. Żadnej niespodzianki, nie dowiemy się więcej o nim z czasem, bo już wiemy jaki jest. Znamy jego zamiary, co od razu psuje nam zabawę i już nie obawiamy się o los bohaterki, bo wiemy, że to co robi Marauder jest celowe, choć on tego nie chce. Nie pozwalasz na poznanie drugiej postaci przez czas tylko od razu dużo dajesz od razu na tacy. Dla mnie w tym nie ma frajdy. Wolałabym dowiedzieć się z czasem i przez czyny, że Marauder jest dobrym człowiekiem, a nie przy pierwszym jego spotkaniu. Choć kreujesz go na tego "złego" to otoczka ta została już rozchwiana. Postać może i fajnie by wyszła, ale już po ptakach trochę. Za dużo informacji na raz. Przenikamy do jego głowy, choć narrator był przy Maddie. Zero tajemnic o nowo poznanych osobach. A szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko parę przykładów, bo jest tego więcej. Mi osobiście nie przypada to do gustu. Nie czuję niespodzianek. Nie czuję wtedy chęci poznania bohaterów, bo wiem o nich dużo od razu. "Pan" byłby również ciekawą postacią, ale wiem, że nie jest z niego taki zły człowiek, choć ma zadatki na wspaniałą postać.
      Teraz jakieś może pozytywy. Podoba mi się Reed. Może dlatego, że sama lubię pogodne osoby, a skoro on jest taki, to i ja bym lgnęła do niego. Uśmiechnięty chłopak zawsze przyciąga bardziej niż ponurak. Szkoda tylko, że jest chory i współczuję mu. Mam nadzieję, że chociaż nie uśmiercisz go w połowie opowiadania, bo choć krótko był to zdążyłam go polubić.
      Solter... hm... nie wiem, czy wcześniej pisałam, że go lubię. pewnie tak. Tzn. dalej go lubię, ale wydaje mi się strasznie słaby. Tym bardziej jeszcze na faceta, wojownika. I nie, nie chodzi mi o jego siłę fizyczną, bo z niedźwiedziem mało kto by wygrał, ale psychicznie. Był skrzywdzony i ma prawo mieć swoje blizny w zachowaniu, ale mimo wszystko lata minęły, a on wciąż o tym samym. Tak jakby miał w sobie więcej z kobiecej psychiki. Na odwrót ma się podobnie z Maddie, chociaż brakuje mi u niej teraz tej jędzowatości. Była twarda baba, a teraz spotulniała. Nie wiem, co prawda jak by się taka twarda baba zachowała w takiej sytuacji, ale dla mnie szybko zmieniła się w owieczkę. Choć fajnie, że czuje strach, bezsilność i nie jest taka całkiem ze stali.
      Twoi bohaterowie mają zalety i wady i są ludzcy to muszę przyznać. Na razie polubiłam Maraudera choć cały czas czytam "Marudera" i nie sądzę by tak szybko mi przyszło albo kiedykolwiek bym właściwie czytała jego imię. Niektóre imiona przekręcam bez mojej woli. xD wybacz
      Jestem ciekawa, gdzie znalazła się Maddie, dlaczego się tam znalazła i kto jaki ma w tym cel. Dałaś wskazówkę, że będzie coś wielkiego, więc teraz pozostaje mi tylko czekać na to wydarzenie. Myślę, że ono sprawi iż Solter oraz Maddie się spotkają i będą musieli połączyć siły. Jeszcze przeczuwam romans między nimi, nawet jeśli jeszcze się nie znają. XD Ja po prostu wyprzedzam fakty i w większości udaje mi się zgadnąć. Za dużo filmów i książek w moim życiu było, by teraz coś mnie zaskoczyło. xD
      Mam nadzieję, że Cię nie uraziłam tymi uwagami. Po prostu Twoje opowiadanie jest świetne. Masz bardzo lekki styl i tworzysz piękne opisy, ale te rzeczy moim zdaniem bardzo psuję całość. Takie zabiegi mogą potem utrudniać zaskakiwanie czytelnika.
      Życzę weny i pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń
    2. Wielkie dzięki za szczerą opinię ;) Ogólnie zgadzam się, ale kilka kwestii odebrałabym inaczej. Zaskakiwanie nie jest moją mocną stroną, więc wcale w te klimaty nie planuję iść, a w każdym razie nie gra ono tutaj najważniejszej roli. W moim poprzednim opowiadaniu od początku było wiadome, że główny bohater zginie i nawet szło się domyślić w jakich okolicznościach. Według mnie książki nie zawsze muszą ciągle trzymać w napięciu i zaskakiwać na każdym kroku. To też jest niedobre, bo człowiek za bardzo się irytuje, że ciągle dochodzą nowe tajemnice, a rozwiązań brak. Ja tego nie lubię i nie nadużywam w moich opowiadaniach. Wolę skupić się bardziej na psychice bohaterów - dlaczego zachował się w ten sposób, czemu dokonał takiego wyboru? To kwestia gustu i tutaj nie będę się z tobą sprzeczać. Tak samo z zapowiadaniem przyszłych wydarzeń - nie mówię, co konkretnie się wydarzy, tylko sygnalizuję, że coś ważniejszego będzie miało miejsce - to raczej powinno pobudzać ciekawość, zwłaszcza, że nie napisałam, kiedy to nastąpi. Taki zabieg raczej nie wywołuje reakcji typu "aha, coś się zdarzy czyli nic już zaskoczyć mnie nie może", ale bardziej: ciekawe kiedy.
      Rzeczy oczywiste niby oczywiste, a część osób nie zwróciłoby uwagi, gdyby nie zostały dobitnie podkreślone. A teraz może odniosę się do tego, co wypisałaś:
      1 - Tu masz rację. Podkreślenie groźby było niepotrzebne dla czytelnika, ale to relacja Maddie. Miało wyrazić jej zdziwienie i mi to pasowało. O ile wiem, nie popełniłam przy tym żadnego błędu, więc też nie bardzo rozumiem takiego czepiania się ;)
      2 - to, że ktoś coś postanowił jest szalenie dalekie od jego rzeczywistego postępowania, o czym zresztą będzie jeszcze sporo okazji, aby się przekonać
      3 - tutaj powtórzenie podobnego zwrotu w przypadku Solta i Maddie było celowe, według mnie buduje nastrój, tak jak już wcześniej wspomniałam. Rozumiem, że nie wszyscy to lubią, ale według mnie nie jest to błąd.
      4 - Na całe szczęście psychika ludzka jest zawiła i niezrozumiała, a pewne sprawy, które na pierwszy rzut oka wydają się oczywiste, nie zawsze takie pozostają. Marauder może wydawać się na ten moment dobrym człowiekiem wykorzystywanym przez złych ludzi, ale kto powiedział, że taki jest w rzeczywistości albo takim pozostanie?
      Wydaje mi się, że trochę za szybko wyciągasz wnioski. Jasne, to twoje prawo i nie mogę ani nie chcę ci go odebrać. Zresztą publikując opowiadanie, jednoznacznie nastawiam się na ocenę. Jednak nie powiedziane, że z tym zdaniem muszę się zgadzać całkowicie :)
      Pan nie jest złym człowiekiem? Nie do końca wiem, dlaczego wysnuwasz takie wnioski. Póki co niewiele tu o nim było. To, że nie znęcał się nad Maddie fizycznie, bo psychicznie gnębi ją bardzo, ma oznaczać jego dobre serce? Chyba nie bardzo :D

      Usuń
    3. Cieszę się, że jednak pewnych pozytywów się doszukałaś ;) Tak, Reed jest pozytywną postacią, ale co do jego losów nie zdradzam nic na ten moment.
      Solt jest strasznie słaby i tutaj nie ma co udawać, że jest inaczej. To skrzywdzony przez los człowiek. Zbyt wiele w życiu przeszedł, aby być choć w połowie tak radosnym, jak Reed. Rozpamiętuje pewne rzeczy, ale czy ktoś normalny po przypadkowym zabójstwie drugiego człowieka nie czułby wyrzutów sumienia do końca życia? Nie wiem, nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji i mam nadzieję, że nie znajdę, więc mogę się tylko domyślać.
      Hmm... a w jaki sposób ma się okazywać jędzowatość u Maddie w takich okolicznościach? Przecież gdyby dalej grała sukę i otwarcie się buntowała pomimo upływu czasu, to źle by skończyła. Ona jakiś tam mózg ma i zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Poza tym jest jeszcze kilka powodów, dla których tak się zachowuje obecnie, co między wierszami zostało określone, ale widocznie zbyt mało dobitnie ;)
      Spoko, zmiana imienia w przypadku Maraudera żadnym błędem nie jest, bo właśnie tak się tłumaczy to imię z angielskiego ;)
      Absolutnie nie czuję się urażona uwagami, a raczej bardzo ci za nie dziękuję. Choć nie ze wszystkimi się zgadzam, tak jak to już rozpisałam powyżej, to jestem ci szalenie wdzięczna za wyrażenie własnej opinii. To dla mnie bardzo ważne :)
      Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam ciepło! :)

      Usuń
  17. Kurcze, Solt to chyba ma nieco przerąbane. Wiedzieć tak wiele o uczuciach ludzi. Trzeba czasem nie być empatycznym, aby się nie zainteresować, a niektórzy tego strasznie nienawidzą. Też polubiłam tę lekarkę. Mimo, że za lekarzami nie przepadam :D. Ale taka miła, opiekuńcza starsza pani. Pewnie trochę ich traktuje jak własnych synów. Hm... co do Reeda, to pewnie na ogół jest taki wesoły, bo może nie chce nikomu pokazywać, a może wie, że musi się teraz cieszyć z każdego dnia, bo może mu zostać niewiele(niby nam wszystkim, ale on wie o tym szczególnie). Jeżeli Solt miał niewiele osób, które lubił, to zdecydowanie bardzo ucierpi po stracie kolegi. Chociaż może wydarzy się coś, dzięki czemu to się nie zdarzy?
    Co do wątku z Maddison, to w sumie jej ojciec może zachował się podobnie jak rodzice Solta? Może też woli trzymać córkę z daleka od siebie, bo zabiła jego żonę? A raczej wąż, ale to jej wąż? Niby nie powinien tego tak postrzegać, ale słowo "powinien" to jak jakiś nakaz, który nijak ma się do rzeczywistości. Ludzie nie da się zaprogramować, nie będą słuchać jednej osoby. Nie wszyscy. Zawsze się ktoś wyłamie. Czasem nie da się odepchnąć uczuć, które siedzą w nas głęboko. A jeżeli Maddison zastanowi się nad i dojdzie do wniosku, że skoro nie jest potrzebna ojcu, to wybierze ową propozycje?

    Mówiąc szczerze, ja sama mam problem z tym, że mówię za dużo czytelnikowi, więc ogólnie problem rozumiem, ale czasem serio przeraźliwie dużo wyprzedasz i nie dajesz się zastanowić nad tym, jak ktoś to przyjął, wyczytać z reakcji, tylko oznajmiasz to i czasem brzmi to jak takie suche fakty do przeczytania. W opowiadaniu o Alku jakoś nie było to tak widoczne, można się było faktycznie spodziewać pewnych rzeczy, ale nie do końca. Np. wypadek Alek mimo, że wiadomo co ma się stać, to jednak sposób w jaki to się stało, nie był oczywisty. No i zdrada Mateusza... do dziś mu nie wybaczyłam :D.

    "Obstawiał Findera, bo zwierzak nie zostawił go samego nawet na chwilę, jakby przeczuwając, że z jego panem nie jestem dobrze." --> nie jest

    "Chociaż każdego ranka budziła się z oczekiwaniem, że w końcu ktoś coś się wyjaśni, to jednak wieczór zjawiał się nieproszony, odbierając jej wszelką nadzieję. " --> ktoś... coś... coś potrzeba do środka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieco tak ;) Ja wychodzę z założenia, że czasem lepiej nie wiedzieć, niż dowiedzieć się czegoś za wiele. Ludzkie emocje mają jeszcze to do siebie, że nie da się ich udawać, więc Solt jest z góry na przegranej pozycji. Nawet chłopak nie może sobie poudawać, że wcale tak nie jest, jak mu się wydaje. Bo jednak jest.
      Mam nadzieję, że niebawem znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania :)
      Wiem, wiem, że zdarzało mi się wyprzedzać. Obecnie już tego pilnuję, więc w przyszłych rozdziałach nie powinno się to aż tak rzucać w oczy, a jak będzie to nadstawiam łapska do lania ;)
      Tak, ja też mam żal do Mańka :D A o Alku to sobie myślę czasami i strasznie mnie kusi, aby wrócić do tych tematów, ale wydaje mi się, że wszelakie sequele nie są zwykle dobrym pomysłem. No, ale kusi. Zobaczymy.
      Postaram się jutro wpaść do ciebie z komentarzem, bo już udało mi się nadrobić czytelniczo :D
      Pozdrawiam i dziękuję!

      Usuń
  18. Więcej emocji, to lubię ;3
    Włączyłam sobie muzykę klasyczną do czytania, i gdy doszłam do fragmentu z Reedem łzy naciekły mi do oczu :( to było bardzo... nie tyle wzruszające, co po prostu smutne. Solt po raz kolejny będzie musiała uporać się ze stratą. Może i nie rozpaczał po "stracie" rodziców, ale z pewnością bolało go, że go oddają, że stracił bezpowrotnie normalne życie, rówieśników, a przede wszystkim musiało boleć go to, że gwałtownie naszła diametralna zmiana.
    I odnośnie Reed'a, mam jedno pytanie. Studiujesz medycynę?

    Fragment z Maddie również był przygnębiający. Usłyszeć z czyiś, obcych ust prawdę było przykre. Jeszcze, gdyby jej ojciec sam jej to powiedział jakoś, na spokojnie, nie wiem. Może i wtedy nie zareagowałaby mniej emocjonalnie, ale z pewnością byłoby to, nie wiem jak to powiedzieć, lekko lepsze czy coś.
    Wiedziałam, że Maurder kontroluje i wpływa na jej emocjie. Skrótowo i sprytnie to opisałaś. To nie jest źle, że skrótowo, ale fajnie, że nie zrobiłaś z tego eseju od osobnego akapit; jak to działa i w ogóle, a wplotłaś to w tekst :)

    Maurder póki co nie okazał się lepszy od mego Solta ;3 nadal jestem wierna tylko jemu <3
    Chociaż urzekło mnie nieco to, że jemu samemu nie podobało się do końca krzywdzenie Mad, że coś w ogóle czuł.
    Robi się coraz ciekawiej, a emocje rosną :)

    Pozdrawiam i weny :)
    anielskie-dusze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Stety albo niestety studiuję całkiem co innego. My się z biologią jeszcze jak cię mogę, ale z chemią to już mi po drodze absolutnie nie było i takim sposobem nierozwinięte, całkiem nieświadome marzenia o byciu lekarzem poszły sobie w siną dal :D
      Tylko czy to była prawda? Nie mówię, że nie, ale czasami zbyt wiele rzeczy bierzemy za pewniaka, a wcale na to nie zasługują ;)
      Aj, bo dar Maraudera będzie się ujawniał stopniowo, jak Maddie pozna go nieco lepiej ;)
      Bo Mar ma takie coś, że urzeka stopniowo i powolutku wkrada się do serca, a Solt robi to z marszu :D Przynajmniej tak było w moim przypadku. Ba! Ja nadal nie wiem, w którym momencie Marauderowi udało się zepchnąć Solta z podium moich ulubionych postaci :D Co prawda, tylko na drugie miejsca, ale zawsze coś.
      Jeszcze raz bardzo dziękuję!

      Usuń
  19. Dzień dobry. Pisałam o pokucie, że wrócę, będę nadrabiać, ogarnęłam komentarz do niemal całego rozdziału, ale coś wcisnęłam na laptopie, przeniosło mnie na dziwną białą wersję tego blożka z istnie szeryfową czcionką i gdy to wyłączyłam... tak, zjadło mi komentarz.
    No to ten... Wybacz za coś absolutnie nieskładnego i może niechronologicznego. Zastanawiałam się, jak to z tymi wężami. Nietypowe dla gatunku... Ciekawe, co jest prawdą o tych gadzinach, a co to tylko stereotypy i skojarzenia z biblijnym Szatanem.
    Na początku nie rozumiałam sceny z Reedem. potem już ogarnęłam. Och, szkoda chłopaka... Mnie też się zrobiło smutno, gdy to czytałam. Dwa miesiące... tam dwa dni... jakaś presja czasuw tym rozdziale, wyliczanie, odliczanie. Bardzo... niepokojące? O Solta się chociaż gadzinka kochana troszczy. Maddie nie lubię, ale jej współczuję... och, ta klaustrofobia. I jeszcze słowa towarzysza z trudnym imieniem, którego nie zapamiętam ([*]). Nieładnie tak obwiniać, przypominać... musiało boleć.
    Aaaa, no, jeszcze pisałam o lekarce. Kochana kobiecina. Ktoś się o chłopców troszczy. To nazwanie słoneczkiem i sugestywnie spojrzenie... aż się zaśmiałam z tej dwuznaczności. :) Miły, słodki przerywnik i dobra duszyczka.
    Dar Maraudera (jak super, że mam to imię w komentarze wyżej!)... zobaczymy, jak się rozwinie. I nie wątpię, że będzie więcej Reeda, jeśli rzeczywiście zamierzasz go ustąpić. Znana taktyka. Jak się zabija, trzeba gościa przywiązać do czytelnika, by bardziej bolało... znane mi, to znane. :)
    Do kolejnego, pozdrawiam,
    mendoid Corteen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, znam to, znam to! Dlatego też jestem ci szalenie wdzięczna, że chciało ci się zaczynać jeszcze raz :)
      Prawda o wężach nieco później wyjdzie na jaw, w bardziej aktualnych rozdziałach, ale jesteś już tuż, tuż :D
      Tak, lekarka to dobra duszyczka. Tak dobra, że niewiele tu takich zastaniesz niestety!
      Oj tam, od razu zabijać, człowieku małej wiary :D Ja krzyżyka na nim wciąż nie postawiłam, więc kto tam wie, jak to się skończy!
      Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń

Archiwum bloga