poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział 21

Solt/Nevi

Trwał w bezruchu, nadal nieprzyzwyczajony do okazywania komukolwiek większej czułości. Dopiero po kilku, zdawałoby się ciągnących się w nieskończoność, chwilach, odwzajemnił ten ciepły gest. Przygarnął dziewczynę do siebie, tulił ją i uspokajająco gładził po plecach, nie potrafiąc zrozumieć tego wybuchu histerii. Jasne, Nevi wiele przeszła, ale mimo to zdawała się dawać radę. Do czasu. W momencie, w którym przekroczyła próg pokoju, wszelkie hamulce, które trzymały jej emocje w ryzach, w jednej chwili przestały istnieć. Nie pozostał nawet ślad po barierze tłumiącej ich odbiór. Solt z jednym, zbyt pochopnym i głębokim, oddechem przyjął na siebie całą gamę uczuć obcych i trudnych do zniesienia. Czuł smutek, żal, ale przede wszystkim przerażenie tak intensywne, że całkiem go paraliżowało. Gdzieś na pograniczu świadomości zastanawiał się, czego ona tak bardzo się bała. Co ją przeraziło do tego stopnia? Co spowodowało takie zachowanie? Nie, to nie było najważniejsze. Musiał po prostu od tego uciec. Musiał oddalić się od niej, aby znów móc normalnie funkcjonować, a przede wszystkim odzyskać trzeźwość myślenia. Chciał zareagować, ale ona drżała za bardzo, aby mógł się od niej po prostu odsunąć. Obawiał się, że jeżeli to zrobi, dziewczyna bez jego wsparcia rozpadnie się na milion małych kawałków.
 Nev, czy... Czy wszystko w porządku?  Wyszeptał jej do ucha.
Potrząsnęła głową i sama się wycofała. Zrobiła niewielki kroczek. Drugi. Trzeci. To wcale nie pomogło, a wręcz przeciwnie  do natłoku emocji, które Solt wciąż odczuwał, napłynęło nowe, będące ogromnym rozczarowaniem. Solt nie wiedział, do kogo ono należy. Sam bowiem poczuł się w pewien sposób rozżalony, gdy blondynka wymsknęła się z jego ramion. W tamtym momencie nie było jednak to wcale istotne. Dziewczyna spoglądała na niego z tak wielką desperacją, że od razu pożałował, iż nie przeszkodził jej w tej ucieczce.
 Przepraszam, nie powinnam tutaj przychodzić.  Zmieszała się.  Nie wiem, czemu to zrobiłam. Głupia chwila słabości. Ja... Ja już chyba pójdę.
Nie mógł jej na to pozwolić. Zdecydowanym gestem przytrzymał ją w miejscu, gdy miała zamiar odwrócić się i wyjść z pokoju. Obdarzyła go za to przestraszonym spojrzeniem. Lęk przepełniał ją całą, a on to współodczuwał. Lodowate macki strachu ściskały go za gardło, dobitnie pokazując, jak wielką miały władzę nad dziewczyną. Musiał jej pomóc.
 Przyszłaś tu, więc miałaś jakiś powód  powiedział, leciutko ściskając jej zdrową dłoń i uśmiechnął przyjacielsko.  Zdradź mi go, a ja postaram się pomóc, jeżeli tylko będę potrafił.
Przez chwilę wydawało mu się, że dziewczyna się złamie i wyjawi trawiącą ją tajemnicę, ale to wrażenie minęło tak szybko, jak się pojawiło. Nevi potrząsnęła gwałtownie głową i wysunęła dłoń z uścisku. Nie odsunęła się jednak.
 Nie możesz, nikt nie może.
Olbrzymie, błękitne tęczówki wpatrywały się w niego z rozpaczą, niemo wołając o ratunek. Chciała, żeby ją zrozumiał. Czuł to. Czuł, że dziewczyna desperacko potrzebuje wsparcia i coś, nie wiedział jeszcze co, zabrania jej mówić na ten temat. Wyczytał to w jej emocjach.
 To Marauder, prawda? Zrobił ci krzywdę?
Trafił w sedno. Widział to po niej, po sposobie, w jaki pojedynczy dreszcz wstrząsnął jej ciałem.
 Chciał, żebym zmusiła cię do udziału w tej misji  wyznała.  Mistrz chce się od niej odsunąć, ale prawda jest taka, że tylko ty możesz przebudzić Pradawnego.
 Twój brat się myli. To zadanie kogoś innego.
 Przepowiednia podkreśla twój udział w sprawie. Bez ciebie tego nie dokonają, Solt. Oni wszyscy zginą. Marauder o tym wie i dlatego tak bardzo zależało mu, żebyś tam był. Ja chciałam cię przed tym uchronić. Sprzeciwiłam się i to mu się nie spodobało. Nie był zadowolony, że bardziej zależy mi na kimś obcym, niż na nim. Przecież jest moim bratem, jedyną rodziną, którą mam.
Stanęła do niego plecami i otuliła się ramieniem, aby nie zauważył, jak bardzo drżą jej dłonie pod wpływem obłudnego kłamstwa, które z cały sił starała się zatuszować. Nie była pewna, czy w jakimś stopniu jej się to udało. Wiedziała bowiem, że chłopak z łatwością mógł wychwycić nawet najmniejszy blef, jeżeli dopuściłaby do tego, żeby emocje przejęły nad nią kontrolę, a to nie było wcale trudne. Próbowała przejąć nad nimi władzę, ale te rządziły się własnymi prawami. Kiedy więc usłyszała, że Solt się zbliża, przymknęła powieki, spodziewając się najgorszego. Była gotowa na krzyki i wyzwiska, lecz to jednak wcale nie nadeszło, a raczej nabrało innego, całkiem niespodziewanego i bardziej bolesnego, wymiaru.
Chłopak podszedł do niej, ale wcale nie po to, aby brutalnie zniszczyć kamuflaż, za którym się skrywała tak długi czas. On postąpił inaczej. Zbliżył się, po czym nieśmiało przytulił, szeptem zapewniając, że do tego nie dopuści oraz, że wspólnie znajdą jakieś rozwiązanie, a on nie pozwoli, aby jeszcze kiedykolwiek ktoś ją skrzywdził. Przyjęła to bez słowa. W tamtym momencie czuła odrazę i ogromne poczucie winy, ale to były emocje, z którymi potrafiła sobie poradzić, bo towarzyszyły jej już od dłuższego czasu. Umiała je zatuszować, ukryć pod warstwą rozpaczy, którą interpretować można było na wiele, różnych sposobów. Dopuściła do tego, pozwoliła łzom płynąć, mieszając w głowie naiwnemu, ale jednocześnie niewinnemu chłopakowi. To wszystko powodowało, że czuła się źle, ale ostatecznie resztę szacunki do samej siebie straciła, gdy spełniła ostatnie żądanie Maraudera. Niczym drewniana lalka, której każdy ruch kontrolują wątłe sznureczki, odwróciła się przodem do Solta i niespodziewanie dla niego złożyła na jego ustach pocałunek.
Był zaskoczony, lecz jej nie odtrącił. Widział, że bardzo potrzebowała bliskości, ale jednocześnie wciąż miał w pamięci różnicę wieku, jaka ich dzieliła i to początkowo wywołało w nim wahanie. Krótkotrwałe. Pozwalając jej na ten jeden, błahy gest, dopuścił do tego, aby natłok obcych emocji uderzył w niego z całą swoją potęgą. Gubił się w nich, plątał i nie mógł się wycofać. Było jednak inaczej, niż w przypadku pocałunku z przyjacielem. Przy Reedzie czuł, że postępuje niewłaściwie i dzięki temu potrafił się wycofać. Teraz nie miał takich myśli. Ktoś inny zaczął sprawować nad nim kontrolę, ale jemu po raz pierwszy szybko przestało to przeszkadzać. Przystał na pocałunki Nevi, a po chwili sam przejął inicjatywę.


Maddie

Nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią rodzica. Może nigdy nie mieli wybitnie dobrych kontaktów, ale mężczyzna był całą jej rodziną i dostarczał niezbędnego wsparcia, gdy straciła matkę. Oboje byli dla siebie oparciem, a ona nie miała nikogo bliskiego więcej na świecie. Po jego zabójstwie została całkowicie sama. Nastąpiło to tak szybko i niespodziewanie... Nie, na śmierć kogoś, kogo kochamy nie dało się przygotować. Na to nigdy nie było dobrego momentu, ale ona czuła, że mimo wszystko zabrakło jej czasu, że nie powiedziała ojcu jeszcze wszystkiego, co chciała i co należało. Została tego pozbawiona, a samotność zaatakowała ją z całą intensywnością. Nie miała przy sobie nikogo, kto potrafiłby ją pocieszyć w takich chwilach. Matt próbował, ale nie byli nawet przyjaciółmi. Chłopak, widząc jej niechęć, szybko odpuścił i wycofał się. Samotność coraz śmielej zaglądała w jej oczy, a fakt pozostawania w jednym i tym samym budynku doprowadzał ją prawie do obłędu. To wszystko powodowało, że poczucie winy mocno ją dręczyło i nie ułatwiało przeżycia żałoby. Madeleine nieuchronnie i coraz głębiej pogrążała się w mroku. Przestała się nawet buntować. Straciła ku temu wszelkie powody. Dlatego też nie robiła przerw, aby przeboleć stratę. Zgodnie z wolą Mistrza nieprzerwalnie uczęszczała na wszelkie treningi i podejmowała się niezbędnych ćwiczeń, ale robiła to raczej mechanicznie. Niczym posłuszny robocik spełniała wszystkie polecenia Matta, nie odzywając się nawet słowem. Była porażająco skuteczna w swoim działaniu, a postępy, które czyniła, stawały się coraz bardziej widoczne i zadowalały nowego Pana. Dziewczyna jednak zdawała się nie zauważać współczujących i zmartwionych spojrzeń, którymi obdarzał ją Matthew. A obdarzał często, zwłaszcza w tych nielicznych chwilach, gdy dziewczyna jednak dopuszczała do siebie niszczącą falę emocji i przez to traciła nad sobą panowanie. W takich momentach rzucała się z furią na manekin treningowy, atakując bez wytchnienia, dopóki nie zaczynało brakować jej tchu. Wtedy też opadała na kolana, zanosząc się szlochem. A on jej pomagał. Teraz też.
— Maddie, dość...  Odezwał się cicho, kucając tuż obok i patrząc ze współczuciem na skuloną na ziemi dziewczynę.  Już wystarczy. Wcale nie musisz tego robić.
Maddie przeturlała się na plecy i odszukała wzrokiem czekoladowe tęczówki swojego trenera. Na jej ustach zaigrał złośliwy uśmiech, który nijak nie pasował do łez wciąż płynących po policzkach.
Zmieniła się. Stała się bardziej zdeterminowana, obojętna, chłodna. Matt to dostrzegał i choć uważał zmiany za potrzebne, w jakimś stopniu brakowało mu tego rozemocjonowanego w pozytywny sposób oblicza rudowłosej. Ta nowa wersja niekiedy wywoływała ciarki na jego ciele.
— Nie muszę?  Zaśmiała się, zwalczając szloch, który próbował wyrwać się z jej ust.  Szybko zmieniasz zdanie. Jeszcze nie tak dawno sam mnie do tego zmuszałeś, a teraz doradzasz bunt. Myślisz, że jest jeszcze na to czas? Mylisz się. Dobrze wiesz, że za kilka dni wyruszamy. Pójdę na tę wyprawę, zrobię to, co do mnie należy i wszystko się skończy. W ten lub inny sposób. Może później uda mi się odzyskać moje życie, a może tego życia już wcale nie będzie. Nieistotne.
— Naprawdę tego chcesz? Przecież nie wiemy, co niesie za sobą to Przebudzenie. Możesz nie być w stanie okiełznać Pradawnego, a jeżeli ty polegniesz, wszyscy znajdziemy się w niebezpieczeństwie. Gdy zginiesz, ponowne uśpienie tego potwora nie będzie możliwe.
Poruszyła się niespokojnie, ale nie zmieniła pozycji. Jedynie otarła twarz ze zbędnych łez i cicho prychnęła. Przeniosła też wzrok na sufit, jakby nie mogąc dłużej znieść kontaktu wzrokowego ze swoim rozmówcą.
— Jakoś nie przypominam sobie, aby ktokolwiek w ostatnim czasie pytał się mnie o opinię. Po prostu zostało mi zlecone zadanie, które będę musiała wykonać i to niezależnie od tego, czy czuję się na siłach, czy nie.
— A czujesz się na siłach?
— Wiem, że się boję, Matt. Czuję paraliżujący lęk, ale nie dam się mu pokonać. Zrobię wszystko, aby doprowadzić to zadanie do końca.
— Marauder też dołączy do grupy.  Matt zmienił nagle temat, czujnie obserwując, jak na jego słowa zareaguje Madeleine. Ta jednak wydawała się nieporuszona.  Z tym też dasz sobie radę? To cię nie zdenerwuje?
— Wiem o jego udziale. Mam nadzieję, że gdzieś na trasie noga boleśnie mu się potknie, ewentualnie on sam skręci sobie kark. Może będę miała okazję przysłużyć się w tej sprawie, a kiedy znajdę taką możliwość, nie zawaham się jej wykorzystać. Nie bój się, na siłę nie będę kreować niebezpiecznych sytuacji.
— Nie powinnaś kierować się chęcią zemsty, Maddie.  Pouczył ją.  Ona bywa zaślepiająca, a ty musisz być skoncentrowana.
— Nie, Matt, to nie zemsta mną powoduje. Ja po prostu szukam sprawiedliwości.
— Wydawało mi się, że już wtedy go odpowiednio ukarałaś.
— Dobrze wiesz, że to nie byłam ja...
— Skąd wiesz, że to był on?  Odbił piłeczkę.  I co to za różnica? Grunt, że oberwał, prawda? I to dość poważnie.
Próbował ją zrozumieć i postawić się w jej sytuacji, ale przychodziło mu to z trudem. Wiele razy w życiu odczuwał złość czy wręcz nienawiść. Wielu ludzi krzywdził, wielu pozbawił też życia. Były to jednak osoby dla niego całkowicie obce, których nie darzył jakimikolwiek ciepłymi uczuciami.  Sytuacja Maddie i Maraudera na pierwszy rzut oka wyglądała na inną. Matt wiedział jednak, że pozory potrafiły być mylące, więc starał się nie oceniać ich poczynań, choć jednocześnie trudno było mu uwierzyć w bezsprzeczną winę chłopaka.
— Nie wiem, ale nie mam dowodów na jego niewinność. Nie przedstawiłeś żadnych, o których początkowo wspominałeś, dlatego przyjmuję najoczywistszy scenariusz. Chcę, żeby poniósł konsekwencje tego, co zrobił.
— Zatem oko za oko, ząb za ząb...  Zanucił, ale Madeleine nie zareagowała.
Pustym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń nad nimi, próbując wytrwać w swoim postanowieniu, które z minuty na minutę wydawało jej się coraz bardziej mylne. Czuła, że popełnia błąd, ale musiała pomścić ojca. Miała nadzieję, że w ten sposób sama osiągnie spokój. 



Kajam się! Nawet nie wiecie, jak bardzo mi głupio, kiedy wracam tu po tak długiej przerwie. Niestety, ale jednak firma i inne obowiązki uplasowały się na pierwszym miejscu, a pisanie spadło na ostatnią pozycję, czego nie potrafię do końca odżałować. Staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę, ale, nie oszukujmy się, tych obecnie nie ma zbyt wiele w moim życiu. Anyway!
To opowiadanie powolutku dobiega końca. Myślę, że zamknę całość w jakichś 5 rozdziałach. Jednocześnie ostatnio strasznie zachciało mi się wrócić do Nieobecnego Jutra, więc chyba po zakończeniu tego bloga, spróbuję jeszcze raz z tamtym opowiadaniem. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie to czytał, ale muszę. Choćby dla samej siebie. 
Dajcie znać, jeżeli ktoś wrzucał niedawno jakieś posty - blogger mnie nie lubi i nie informuje o nowościach, a ja bardzo chętnie wszystko nadrobię :) 

Archiwum bloga